Zaczęłam odnosić niejasne wrażenie, że skończyło się moje szczęście do dziwacznych taksówkarzy.
Każdy, na którego trafiałam ostatnimi czasy, siedział cicho jak trusia, ograniczając słowa do powitania, pożegnania i kwoty. Albo nawet całkiem do zera, zamiast wysokości rachunku używając sformułowania "yyy..." i wskazania paluchem. Jak się jednak okazuje, świat kumulował energię aby mi w odpowiednim czasie wynagrodzić. I to z nawiązką.
Już kiedy wsiadłam, uznałam, że będzie ciekawie. Muzyka rozkręcona była na absolutny full,a pan - przekrzykując pulsujący bit - spytał, czy muzyczka to mi aby nie przeszkadza. Generalnie nie przeszkadzała, odczułam jednakże pewien dyskomfort komunikacyjny w momentach, kiedy Pan się odzywał. W związku z powyższym zaznaczyłam uprzejmie, że albo muzyczka albo pogawędka, obu naraz to się musi nie da. Na takie dictum acerbum Pan uznał, że on to ZAWSZE woli pogadać z klientem. I gadał, choć nie wiem, gdzie przewidział miejsce na klienta, chyba przy "do widzenia" i "dzień dobry". Listę plag w monologu można streścić w następujący sposób:
- Dlaczego pada śnieg? To skandal, bo...
- ...koszmarnie ślisko dzisiaj na drodze. I w ogóle...
- ...po co Ci ludzie się tak spieszą. Lepiej wyznawać dewizę: "byle do celu". A wczoraj...
- ...wczoraj to się w bloku na Winogradach paliło, pięć samochodów straży się zjechało, a ludzie to są koszmarne sępy, że się tak zlatują popatrzeć, szukają dramatów. Tak jak ten dramat...
- ...przy Mieszka I, pomiędzy ulicą a trasą pestki, już na wysokości Batorego. Tam mieszka w namiocie bezdomna kobieta. Państwo ją oszukało i dlatego w namiocie. Ale gdyby odebrała zaległą emeryturę, stać by ją było na mieszkanie z balkonem. Jak żyć w takim państwie...
- ...gdzie nawet wiosna nie chce przyjść?
Ale najbardziej podobało mi się ostatnie:
- Bo ja, proszę pani, to zawsze cicho siedzę i nie komentuję. Przecież ja nigdy w życiu na nic nie narzekałem!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szamarzewskiego. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szamarzewskiego. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 10 lutego 2015
wtorek, 14 października 2014
Biało-czerwoni
Hmm...
Czy jak słyszę przez uchylone okno wrzask przynajmniej pięciu różnych przedstawicieli płci męskiej o treści: Nieee, kurwa, NIEEEEEEEEEEEEEEE, kurwa mać!, a zaraz potem trzask czegoś (najpewniej krzesła), rzucanego o ścianę, to znaczy to, że tym razem nie wygrywamy meczu z Niemcami?
Chyba tak.
Czy jak słyszę przez uchylone okno wrzask przynajmniej pięciu różnych przedstawicieli płci męskiej o treści: Nieee, kurwa, NIEEEEEEEEEEEEEEE, kurwa mać!, a zaraz potem trzask czegoś (najpewniej krzesła), rzucanego o ścianę, to znaczy to, że tym razem nie wygrywamy meczu z Niemcami?
Chyba tak.
wtorek, 23 września 2014
Mechanizacja
Miałam kiedyś takiego wujka-staruszeczka. Właściwie pierwszy raz w życiu rozmawiałam z nim, kiedy ów jegomość miał lat 90+ i wciąż wybitne poczucie humoru. Serio, nikt ze starszych ludzi nie skarżył się na zdrowie tak, jak on:
- Oko mam sztuczne. Tu mnie w gorset włożyli. Tu śrubę wkręcili. Jestem jak jakiś Robocop...
I tyle o wujku. Przypomniał mi się w związku z dzisiejszą historią.
Wracałam niedawno niespiesznie Szamarzewem, zatopiona we własnych, nieco ponurych myślach, kiedy dotarło do mnie, że jestem adresatem wypowiedzi. Zupełnie jak podczas burzy - najpierw pojawiła się wizja (starszy pan poruszający ustami), a potem fonia. Niesamowite uczucie!
Pan poprosił, żeby go przetransportować na drugą stronę ulicy. Ot, on się mnie tu pod ramię złapie i - podpierając się laską - powolutku przejdzie pod sklep. Hm... Normalnie to trzymam dystans podczas pierwszego spotkania, a on tak od razu do intymnego pożycia. Ale niech tam, cel szczytny.
Ruszyliśmy w drogę mozolnie (czytaj: w skali od "szybko" do "wolno",my mieliśmy: "wyprzedzają Cię ukwiały"). Cóż, rzeczywiście pan poruszał się z wyraźną trudnością. I wiedziałam, że nie muszę nawet pytać, dlaczego, bo i tak sam mi powie :)
- Trzy razy w tym tygodniu byłem na Lutyckiej (przyp. mieszk. Pozn. - tam jest szpital. Swoją drogą, ciekawe, bo dziś dopiero wtorek, to skąd te trzy razy? Chyba, że dwa razy dziennie jeździł). Trzy razy byłem, żeby mi śrubę z kolana wykręcili, a oni co? "Nie mamy sprzętu, trzeba poczekać". No to jak? Żeby wkręcić to sprzęt mieli? A teraz żeby wykręcić to nie ma? Wolne żarty! Sam bym to sobie wykręcił i wyklepał, jakby mi dali śrubokręt i młotek. Sam!!!
Dobra, dobra.
Przecież jak już się brać za wyklepywanie, to przecież nie samemu.
Najlepiej ze szwagrem ;)
- Oko mam sztuczne. Tu mnie w gorset włożyli. Tu śrubę wkręcili. Jestem jak jakiś Robocop...
I tyle o wujku. Przypomniał mi się w związku z dzisiejszą historią.
Wracałam niedawno niespiesznie Szamarzewem, zatopiona we własnych, nieco ponurych myślach, kiedy dotarło do mnie, że jestem adresatem wypowiedzi. Zupełnie jak podczas burzy - najpierw pojawiła się wizja (starszy pan poruszający ustami), a potem fonia. Niesamowite uczucie!
Pan poprosił, żeby go przetransportować na drugą stronę ulicy. Ot, on się mnie tu pod ramię złapie i - podpierając się laską - powolutku przejdzie pod sklep. Hm... Normalnie to trzymam dystans podczas pierwszego spotkania, a on tak od razu do intymnego pożycia. Ale niech tam, cel szczytny.
Ruszyliśmy w drogę mozolnie (czytaj: w skali od "szybko" do "wolno",my mieliśmy: "wyprzedzają Cię ukwiały"). Cóż, rzeczywiście pan poruszał się z wyraźną trudnością. I wiedziałam, że nie muszę nawet pytać, dlaczego, bo i tak sam mi powie :)
- Trzy razy w tym tygodniu byłem na Lutyckiej (przyp. mieszk. Pozn. - tam jest szpital. Swoją drogą, ciekawe, bo dziś dopiero wtorek, to skąd te trzy razy? Chyba, że dwa razy dziennie jeździł). Trzy razy byłem, żeby mi śrubę z kolana wykręcili, a oni co? "Nie mamy sprzętu, trzeba poczekać". No to jak? Żeby wkręcić to sprzęt mieli? A teraz żeby wykręcić to nie ma? Wolne żarty! Sam bym to sobie wykręcił i wyklepał, jakby mi dali śrubokręt i młotek. Sam!!!
Dobra, dobra.
Przecież jak już się brać za wyklepywanie, to przecież nie samemu.
Najlepiej ze szwagrem ;)
piątek, 12 września 2014
Intuicja
Śmieci byłam wynieść.
W zasadzie żadna to sztuka, śmieci wynieść każdy potrafi. Ale nie każdy ma zaraz okazję za rogiem natknąć się na Pana Menela, który ciężkim krokiem strudzonego wędrowca, używając ściany do podpórki, brnie naprzód raźno, mamrocząc do siebie.
Ba! Tym bardziej nie każdy ma okazję usłyszeć, żeby ów podróżnik zebrał się w sobie, wyciągnął przed się brudny palec wskazujący, aby potem wymachując narratorowi przed nosem, zakrzyknąć gromko:
- Ja Pani soś powiem!
(W razie, gdyby jednak zdarzyło się Wam kiedyś coś podobnego, uprzejmie podpowiadam, że najlepszym wyjściem jest grzeczne, pytające milczenie. Bo wtedy nadchodzi dobitne...)
-Szszyskiego najlepszego Pani życzę! I dobrego dnia.
Po tym wszystkim wypada ładnie podziękować i oddalić się niespiesznie. Tak.
Tylko, u diabła.
Ja naprawdę mam dziś urodziny...
W zasadzie żadna to sztuka, śmieci wynieść każdy potrafi. Ale nie każdy ma zaraz okazję za rogiem natknąć się na Pana Menela, który ciężkim krokiem strudzonego wędrowca, używając ściany do podpórki, brnie naprzód raźno, mamrocząc do siebie.
Ba! Tym bardziej nie każdy ma okazję usłyszeć, żeby ów podróżnik zebrał się w sobie, wyciągnął przed się brudny palec wskazujący, aby potem wymachując narratorowi przed nosem, zakrzyknąć gromko:
- Ja Pani soś powiem!
(W razie, gdyby jednak zdarzyło się Wam kiedyś coś podobnego, uprzejmie podpowiadam, że najlepszym wyjściem jest grzeczne, pytające milczenie. Bo wtedy nadchodzi dobitne...)
-Szszyskiego najlepszego Pani życzę! I dobrego dnia.
Po tym wszystkim wypada ładnie podziękować i oddalić się niespiesznie. Tak.
Tylko, u diabła.
Ja naprawdę mam dziś urodziny...
niedziela, 24 sierpnia 2014
Skandal
Oj, bo miotało mną w tę i nazad ostatnio, no...
Sierpień upłynął mi na słuchaniu Manu Chao na Woodstocku, walca we Wiedniu, Tańców Węgierskich Brahmsa w Budapeszcie i eee... jakiejś tam muzyki w Chorwacji. Bite dwa tygodnie poza Jeżycami. Marnotrawstwo czasu, nie ma co.
Ożywczym odświeżeniem po tych męczących wojażach była więc dziś przymusowa wycieczka z Teatralki do domu na własnych nóżkach. Po 10 minutach, spędzonych na przystanku, stan osobowy tramwaju wynosił wciąż zero, uznałam więc, że los tak chciał i że najwidoczniej ma wobec mnie ukryte plany. Owszem, nie powiem, ciekawym było spotkanie na Rynku pana, który nadpijał napój owocowy z buteleczki i dolewał do niego wódki. Jednakże strudzony wędrowiec ma szansę na swej drodze spotkać jeszcze bardziej mrożące krew w żyłach przygody.
Z początku nic nie zapowiadało tego, co miałam ostatecznie usłyszeć. Wiatr cicho szumiał w koronach drzew, grupki młodzieży paliły papierosy w bramach, a psie kupy tradycyjnie spoczywały na kwadratach ziemi pod drzewami. Ot, niedziela. Na ławce, skądinąd jedynej na Szamarzewskiego, rozsiadła się grupka osobników i osobniczek. W wieku... hmm. Właśnie.
Przedstawicielka grupy z zapałem opowiadała reszcie następującą historię:
- Wczoraj szłam z mamą na zakupy i wiecie co? Widziałam Marcina z tą Alicją. Za rękę! Nawet cześć mi nie powiedział, tylko udawał, że nie widzi.
- Coś Ty! A ostatnio przyszedł za rękę z tą drugą Dominiką.
- No zobacz... Co za dziwkarz!
Mocne słowa, jak na (plus-minus) dwunastolatkę.
Sierpień upłynął mi na słuchaniu Manu Chao na Woodstocku, walca we Wiedniu, Tańców Węgierskich Brahmsa w Budapeszcie i eee... jakiejś tam muzyki w Chorwacji. Bite dwa tygodnie poza Jeżycami. Marnotrawstwo czasu, nie ma co.
Ożywczym odświeżeniem po tych męczących wojażach była więc dziś przymusowa wycieczka z Teatralki do domu na własnych nóżkach. Po 10 minutach, spędzonych na przystanku, stan osobowy tramwaju wynosił wciąż zero, uznałam więc, że los tak chciał i że najwidoczniej ma wobec mnie ukryte plany. Owszem, nie powiem, ciekawym było spotkanie na Rynku pana, który nadpijał napój owocowy z buteleczki i dolewał do niego wódki. Jednakże strudzony wędrowiec ma szansę na swej drodze spotkać jeszcze bardziej mrożące krew w żyłach przygody.
Z początku nic nie zapowiadało tego, co miałam ostatecznie usłyszeć. Wiatr cicho szumiał w koronach drzew, grupki młodzieży paliły papierosy w bramach, a psie kupy tradycyjnie spoczywały na kwadratach ziemi pod drzewami. Ot, niedziela. Na ławce, skądinąd jedynej na Szamarzewskiego, rozsiadła się grupka osobników i osobniczek. W wieku... hmm. Właśnie.
Przedstawicielka grupy z zapałem opowiadała reszcie następującą historię:
- Wczoraj szłam z mamą na zakupy i wiecie co? Widziałam Marcina z tą Alicją. Za rękę! Nawet cześć mi nie powiedział, tylko udawał, że nie widzi.
- Coś Ty! A ostatnio przyszedł za rękę z tą drugą Dominiką.
- No zobacz... Co za dziwkarz!
Mocne słowa, jak na (plus-minus) dwunastolatkę.
poniedziałek, 9 czerwca 2014
Pacyfikacja
Kiedy uczęszczałam na kurs fotografii, instruktorka sprzedała nam patent na fotografowanie przestrzeni miejskiej bez ludzi. Jest bardzo prosty: należy zdjęcia robić o 4 rano, kiedy na ulicy nie ma żywej duszy. Banał, no nie? :) Organoleptycznie zauważyłam ostatnio, że właściwie aż tak wysilać się nie trzeba. 15.30 w sobotę przy upale daje dokładnie takie same efekty. Żywego ducha na ulicy. To znaczy - prawie, bo na rogu Szamarzewskiego na przykład można się okazjonalnie natknąć na wulkan testosteronu w osobach dwóch młodych byczków w wyjściowym szeleście, którzy skaczą sobie do oczu. Jako i mi się przydarzyło.
- Czego się, kurwa, sadzisz? - spytał jeden, przywiązując zapobiegawczo do słupka skórzaną smycz, na końcu której pomerdywał radośnie ogonem pies marki bulterier.
(W sumie racja, to jakieś niehumanitarne: bić człowieka ze zwierzęciem w ręku.)
Oponent nie pozostał dłużny, więc od przepychanek słownych zaczęto przechodzić do manualnych. Ten bez bulteriera zamachnął się porządnie i już, już miał dodatkowo poprawić z kopyta, kiedy rozległo się gromkie:
-Stój!
Agresor wyhamował lecąca w powietrzu nogę i spojrzał na przeciwnika z wyrazem łagodnego zdziwienia na twarzy.
- No weź, poczekaj, tylko zegarek zdejmę, bo się może potłuc...
W tym momencie leniwą ciszę przerwało głośne parsknięcie śmiechu. Karczki lekko osłupiały i spojrzały w moją stronę, a ja uświadomiłam sobie, że odgłos paszczą należy do mnie.
Niedobrze. Święcie przekonana byłam, że robię go do środka, nie na zewnątrz.
Nie tracąc czasu na dalsze dywagacje, śpiesznie i zdecydowanie oddaliłam się na magnessowych szkitkach. Odwaga, żeby się odwrócić, wróciła mi dopiero po kilkudziesięciu metrach.
I co?
I to, że panowie rozeszli się, każdy w swoją stronę!
Ocaliłam ludzkość i pokój na świecie! :)
- Czego się, kurwa, sadzisz? - spytał jeden, przywiązując zapobiegawczo do słupka skórzaną smycz, na końcu której pomerdywał radośnie ogonem pies marki bulterier.
(W sumie racja, to jakieś niehumanitarne: bić człowieka ze zwierzęciem w ręku.)
Oponent nie pozostał dłużny, więc od przepychanek słownych zaczęto przechodzić do manualnych. Ten bez bulteriera zamachnął się porządnie i już, już miał dodatkowo poprawić z kopyta, kiedy rozległo się gromkie:
-Stój!
Agresor wyhamował lecąca w powietrzu nogę i spojrzał na przeciwnika z wyrazem łagodnego zdziwienia na twarzy.
- No weź, poczekaj, tylko zegarek zdejmę, bo się może potłuc...
W tym momencie leniwą ciszę przerwało głośne parsknięcie śmiechu. Karczki lekko osłupiały i spojrzały w moją stronę, a ja uświadomiłam sobie, że odgłos paszczą należy do mnie.
Niedobrze. Święcie przekonana byłam, że robię go do środka, nie na zewnątrz.
Nie tracąc czasu na dalsze dywagacje, śpiesznie i zdecydowanie oddaliłam się na magnessowych szkitkach. Odwaga, żeby się odwrócić, wróciła mi dopiero po kilkudziesięciu metrach.
I co?
I to, że panowie rozeszli się, każdy w swoją stronę!
Ocaliłam ludzkość i pokój na świecie! :)
wtorek, 27 maja 2014
Przeznaczenie
- Podobają się panu moje kwiaty...?
W razie, gdyby ktoś nie wyrażał wobec "Mistrza i Małgorzaty" Bułhakowa tak bałwochwalczego uwielbienia jak ja, to podpowiem, że od tych słów zaczęła się wielka miłość wyżej wymienionych bohaterów. Taka z gatunku bezwzględnie szalonych i silniejszych niż przeciwności losu, bla, bla, bla... Kwiaty były wściekle żółte i wcale się Mistrzowi nie podobały, nawiasem mówiąc.
Wracając dziś niespiesznie z pracy zahaczyłam o Rynek. Wszakże dostać już można truskawki ("polne b. słodkie") oraz czereśnie ("krajowe b. słodkie, bez robali") i sezon szparagowy w pełni. Na skraju straganu przycupnęła sobie też przechylona babuleńka ze spracowanymi dłońmi, sprzedająca po taniości kwiaty z plastikowych wiaderek. Dobra nasza, lubimy badyle w wazonie.
Bukiety pachniały mocno: składały się z podejrzanie żółtych lilii. Myśl o Mistrzu i Małgorzacie przyszła mi do głowy dość ekspresowo i uznałam to za znak. Więcej takich porąbanych kwiatów nie znajdę, właściwie babcię-starowinkę też pierwszy raz widzę... Jeśli mam kiedykolwiek wpaść na jakiegokolwiek Mistrza, to niech zagęszcza ruchy, bo ma całe 15 minut i 950 metrów dystansu, żeby się na mnie napatoczyć :) Dalej więc!
Mistrz objawił się był w osobie wąsatego jegomościa z browarem w ręku, lekko już rozchwianego pod monopolowym. Namierzył mnie z paru metrów, potem spojrzał na kwiaty i skupił się dość widocznie. Oho. Olśnienie przyszło w momencie, kiedy próbowałam zgrabnie go wyminąć. Pan uśmiechnął się z widoczną ulgą, rozłożył ramiona w geście zrozumienia i jowialnie zakrzyknął:
- Wszystkiego najlepszego!
Wybuchnęłam śmiechem i podziękowałam, szczerząc uzębienie.
Widać jaka Małgorzata, taki Mistrz ;)
W razie, gdyby ktoś nie wyrażał wobec "Mistrza i Małgorzaty" Bułhakowa tak bałwochwalczego uwielbienia jak ja, to podpowiem, że od tych słów zaczęła się wielka miłość wyżej wymienionych bohaterów. Taka z gatunku bezwzględnie szalonych i silniejszych niż przeciwności losu, bla, bla, bla... Kwiaty były wściekle żółte i wcale się Mistrzowi nie podobały, nawiasem mówiąc.
Wracając dziś niespiesznie z pracy zahaczyłam o Rynek. Wszakże dostać już można truskawki ("polne b. słodkie") oraz czereśnie ("krajowe b. słodkie, bez robali") i sezon szparagowy w pełni. Na skraju straganu przycupnęła sobie też przechylona babuleńka ze spracowanymi dłońmi, sprzedająca po taniości kwiaty z plastikowych wiaderek. Dobra nasza, lubimy badyle w wazonie.
Bukiety pachniały mocno: składały się z podejrzanie żółtych lilii. Myśl o Mistrzu i Małgorzacie przyszła mi do głowy dość ekspresowo i uznałam to za znak. Więcej takich porąbanych kwiatów nie znajdę, właściwie babcię-starowinkę też pierwszy raz widzę... Jeśli mam kiedykolwiek wpaść na jakiegokolwiek Mistrza, to niech zagęszcza ruchy, bo ma całe 15 minut i 950 metrów dystansu, żeby się na mnie napatoczyć :) Dalej więc!
Mistrz objawił się był w osobie wąsatego jegomościa z browarem w ręku, lekko już rozchwianego pod monopolowym. Namierzył mnie z paru metrów, potem spojrzał na kwiaty i skupił się dość widocznie. Oho. Olśnienie przyszło w momencie, kiedy próbowałam zgrabnie go wyminąć. Pan uśmiechnął się z widoczną ulgą, rozłożył ramiona w geście zrozumienia i jowialnie zakrzyknął:
- Wszystkiego najlepszego!
Wybuchnęłam śmiechem i podziękowałam, szczerząc uzębienie.
Widać jaka Małgorzata, taki Mistrz ;)
piątek, 23 maja 2014
Towarzystwo filozoficzne
Diogenes z Synopy, grecki cynik, miał w zwyczaju w ciągu dnia spacerować z zapaloną pochodnią, wyjaśniając, że szuka człowieka. Ostatnio przekonałam się, że miałby problem ze znalezieniem go na Jeżycach. Wcale nie dlatego, że ludzi o złotych sercach tu brakuje. I tym bardziej nie dlatego, że ktoś by mu tę pochodnię najpierw podprowadził w ciemnej bramie ;)
Kilka dni temu, od razu po wyjściu z klatki schodowej, dobiegła mnie dysputa dwóch dżentelmenów, klnących głośno nad puszką piwa, w porozciąganych koszulkach, plujących na ziemię z dużą częstotliwością. Siedzieli w prawie pustym garażu i prowadzili dyskusję - jak mniemam i jak to w zwyczaju mamy - o życiu.
W ich pole widzenia weszłam akurat, kiedy z ust jednego z polemistów padło przemyślane, wyważone i, bezsprzecznie, poparte argumentami stwierdzenie:
- Nie masz racji, grubasie!
Przysięgam, że świat zwolnił wtedy tempo i usłyszałam zgrzyt nienaoliwionych kręgów szyjnych, kiedy oczy panów padły na mnie. Wiedzieli, że wiedziałam, że oni wiedzą, że ja wiem, ale udałam że wcale mnie to nie interesuje (jasne... myślałby kto...) i poszłam dalej.
- Nie obrażaj mnie przy ludziach - obrzucony błotem obruszył się na swojego kompana.
- To nie byli ludzie przecież!
Hola, hola, gościu, wstrzymaj konia! zdaję sobie sprawę z tego, że moje włosy dawno fryzjera nie widziały, ale to nie wyklucza mnie mimo wszystko z bycia częścią szlachetnej rasy homo sapiens! Już, już miałam wykonać w tył zwrot, kiedy usłyszałam dobitne:
- To był JEDEN ludź!
Nie ma człowieków, jest ludź i człowiek człowiekowi ludziem!
Prawdę mówiąc, oby tak zostało ;)
Kilka dni temu, od razu po wyjściu z klatki schodowej, dobiegła mnie dysputa dwóch dżentelmenów, klnących głośno nad puszką piwa, w porozciąganych koszulkach, plujących na ziemię z dużą częstotliwością. Siedzieli w prawie pustym garażu i prowadzili dyskusję - jak mniemam i jak to w zwyczaju mamy - o życiu.
W ich pole widzenia weszłam akurat, kiedy z ust jednego z polemistów padło przemyślane, wyważone i, bezsprzecznie, poparte argumentami stwierdzenie:
- Nie masz racji, grubasie!
Przysięgam, że świat zwolnił wtedy tempo i usłyszałam zgrzyt nienaoliwionych kręgów szyjnych, kiedy oczy panów padły na mnie. Wiedzieli, że wiedziałam, że oni wiedzą, że ja wiem, ale udałam że wcale mnie to nie interesuje (jasne... myślałby kto...) i poszłam dalej.
- Nie obrażaj mnie przy ludziach - obrzucony błotem obruszył się na swojego kompana.
- To nie byli ludzie przecież!
Hola, hola, gościu, wstrzymaj konia! zdaję sobie sprawę z tego, że moje włosy dawno fryzjera nie widziały, ale to nie wyklucza mnie mimo wszystko z bycia częścią szlachetnej rasy homo sapiens! Już, już miałam wykonać w tył zwrot, kiedy usłyszałam dobitne:
- To był JEDEN ludź!
Nie ma człowieków, jest ludź i człowiek człowiekowi ludziem!
Prawdę mówiąc, oby tak zostało ;)
środa, 2 kwietnia 2014
Telefon z aparatem
Idę na łatwiznę. Ale za to mam dużo usprawiedliwień.
Mimo, że mam więcej czasu (drugi tydzień zwolnienia lekarskiego), to jednak ciężko mi się myśli (drugi tydzień zwolnienia lekarskiego). Ciężko mi się też pisze, albowiem coś mi wpadło pod spację. Podejrzewam, z dużym prawdopodobieństwem, że wpadło stosunkowo dawno, a to, co przeszkadza mi pisać dzisiaj, to już wyższa forma ewolucyjna. W każdym razie jest silna i dzielnie walczy z uciskiem :)
No i trzecie - dawno nie było żadnych zdjęć. Nie, żeby to poniżej zasługiwało na to szlachetne miano. Chcę po prostu pokazać, dlaczego nauczyłam się zawsze mieć przy sobie komórkę :)
Mimo, że mam więcej czasu (drugi tydzień zwolnienia lekarskiego), to jednak ciężko mi się myśli (drugi tydzień zwolnienia lekarskiego). Ciężko mi się też pisze, albowiem coś mi wpadło pod spację. Podejrzewam, z dużym prawdopodobieństwem, że wpadło stosunkowo dawno, a to, co przeszkadza mi pisać dzisiaj, to już wyższa forma ewolucyjna. W każdym razie jest silna i dzielnie walczy z uciskiem :)
No i trzecie - dawno nie było żadnych zdjęć. Nie, żeby to poniżej zasługiwało na to szlachetne miano. Chcę po prostu pokazać, dlaczego nauczyłam się zawsze mieć przy sobie komórkę :)
![]() |
| tu byliśmy. mama, tata i dziecko. |
![]() |
| a nie taniej było kupić litra od razu? |
![]() |
| a pomyśleć, że kiedyś mafia podkładała tylko zgniłe ryby... |
![]() |
| kto zna jakiegoś sudenta? |
![]() |
| o copy sprzedawcy miodu już wspominałam. wzrusza jak zawsze. |
![]() |
| twórczość moich własnych sąsiadów. nie, nie jestem adresatem :) |
![]() |
| smutne na koniec. taki napis pojawił się na jednym z budynków przy Dąbrowskiego. czy napisał to przestraszony sąsiad czy przestraszony członek rodziny? |
czwartek, 9 stycznia 2014
Gabinet osobliwości
Spacerując po Jeżycach można się czasami poczuć niczym szpieg z Krainy Deszczowców (karramba!) na misji zleconej przez Największego Deszczowca. Niczym Marco Polo, który pierwszy raz przemierzał Państwo Środka. Niczym poszukiwacz... no, może nie od razu ZŁOTA, ale z całą pewnością rudy jakiegoś solidnego, użytecznego metalu. Trzeba jedynie dobrze się przyjrzeć, aby na murach znaleźć wspaniałe przejawy Sztuki (co prawda przypominające bardziej malowidła z Lascaux niż freski mistrza Leonardo, ale hej - w różnorodności tkwi piękno!) czy przykłady niebanalnych aranżacji przy użyciu pozornie zwykłych przedmiotów. Wiem co mówię. Wystarczyły dwie godziny spaceru, aby utwierdzić się w przekonaniu, że wyobraźni to tutaj z całą pewnością nie brakuje :)
| sklejamy pęknięte mury? |
| alarm! obcy w kratce wentylacyjnej! |
| rura opatulona na zimę. |
| ptak ma w kuprze sesję zdjęciową. |
| dialogi. Jeżyce. |
| obstawiam naukę do sesji. |
| przygarnij ps.. lw.. zwierzę. |
| ktoś pomylił z choinką? |
| spożywania produktów bezalkoholowych nie przewiduje się. |
| Uliczna Instalacja z Kanapą. |
| ekskluzywne cegły. markowe. |
| ...rodzaj ostrzeżenia? |
| Prosiaczku, wiejemy. tam jest świat! |
środa, 1 stycznia 2014
Yippee-ki-yay, 2013!
Stawiam którąś z moich kończyn, że co najmniej przez miesiąc, pisząc datę, będę się mylić.
Imieniny Sylwestra odbyły się po raz kolejny bez żadnego Sylwestra w zasięgu wzroku, ale za to znowu we własnej norce z Jeżycami za oknem. A o północy - chodu na ulicę! Szczęśliwy ten Sylwester, że się tylu ludzi cieszy jego imieninami, chociaż wydaje mi się, że rok temu jakoś tej wiary więcej było. Na początku to się nawet przestraszyłam, ze wszyscy w domu zostali słuchać Polsatu. No ale nie. Powoli, z mozołem, jak żółw ociężale, Szamarzewo zaczęło się zapełniać.
| Polna w stronę Bukowskiej. |
| Polna w stronę Dąbrowskiego. |
| Szamarzewskiego w stronę Przybyszewskiego. |
| a Szamarzewskiego w stronę Kraszewskiego musiało się wyróżnić... |
| dwa to tradycja, w związku z tym: tradycyjne zdjęcie znad Patimaksu :) |
| wzięło i wybuchło. |
| jak światełka choinkowe :) |
| ciekawe czy narzekają na to, że ludzie nie mają w kryzysie na co pieniędzy wydawać. obstawiam, że tak. |
| pan z jeszcze-dymiącą różdżką. Dumbledore incognito? :) |
| za czym kolejk... a no tak. |
Wraz z przyjaciółmi wymienialiśmy się wczoraj życzeniami z przedstawicielami rozmaitych grup społecznych. Była młodzież, byli - zdradzający braki w uzębieniu - typowi tubylcy, były karczki w spodenkach do łydki. Reprezentant tych ostatnich uruchomił zresztą we mnie pokłady rozczulenia i współczucia, przemieszane z wybuchem śmiechu wewnątrz i na zewnątrz mojej skromnej osoby. Na nasze serdeczne pozdrowienie i życzenia, karczek odpowiedział:
- Wzajemnie, wzajemnie, Szczęśliwego Nowego... - urwał, zamilkł, po czym spytał retorycznie i z wyraźnym rozczarowaniem:
- No i komu ja dzisiaj wpierdol spuszczę...?
W obliczu tego bolesnego dramatu aż chce się wyrazić nadzieję, że może kogoś ostatecznie udało się znaleźć ;)
poniedziałek, 2 grudnia 2013
Zjedzanie Jeżyc: Yeżyce Kuchnia
Był taki moment, że na Szamarzewskiego czuć było jakieś napięcie, jakby coś się zbliżało, powstawało, rosło... No i wyrosło wreszcie: o Blubrze już pisałam, o kwiaciarni "Kwiaty i Miut" wspominałam przy okazji Rynku Opowieści Jeżyckich. Ba! Na Szamarzewie nawet chodniki naprawili i ławeczka stoi. Chyba tylko jedna, ale za to bardzo ławeczkowata.
Być może część z Was kojarzy też Yeżyce Kuchnia, ten ich hipsterski logotyp i hipsterską miejscówkę w starym, przeszklonym budynku po lumpeksie, tuż obok sklepu ezoterycznego i hurtowni elektrotechnicznej. Ze slow-foodowym menu, wypisanym - a jakże! - hipstersko na tablicy za pomocą kredy (bo to takie vintage i eko). Jeśli nie kojarzycie - koniecznie zacznijcie. Przez Yeżyce Kuchnia zapragnęłam być hipsterem do końca moich dni. O ile tak właśnie karmi się tę kastę ;)
Wystrój tego miejsca jest trochę stołówkowy, teoretycznie przypadkowy, ale to tylko pozory. Niech Was nie zwiedzie wygląd stołów i krzeseł, bo nawet ich niedopasowanie jest doskonale zaplanowane. Mimo początkowego hejta, podobało mi się to, że całość jest przeszklona. Choć z zewnątrz wygląda to niekoniecznie pociągająco, to w trakcie kolacji mogłam nieustannie mieć fyrtel na oku. A wiadomo, że bez mojego oka to się nic tam zadziać nie może :)
Jedzenie - klasa. Próbowałam zapiekanki jeżyckiej z ziemniaków i mielonego mięsiwa (oszczędzę szczegółów wegeludziom) z prawdziwym sosem z prawdziwych pomidorów - i na bank były to szczęśliwe pomidory, hodowane w ludzkich warunkach. Próbowałam też wątróbki kaczej (!) podanej na brukselce (!!) z gruszką (!!!) i ziemniakami, pieczonymi w mundurkach z rozmarynem (!!!!). Owszem, jestem zboczeńcem i lubię wątróbkę. Brukselki nie lubię, ale całe to danie w połączeniu dało wielce zacny efekt. Do paszy miła pani za ladą poleciła piwo Kejter z poznańskiego browaru SzałPiw. Opatrzone adnotacją z wuchtą chmielu. Nie jestem ekspertem od piwa, ale było przyjemne i lekkie. A do tego na etykietce stoi, co następuje: Po wielgachnej gisówie, na szagę bez pole i łodemkniętą uliczkę, przyknaił sie nóm do antrejki mały kejter. Chebać już zostanie. Urocze.
Jadło w Yeżyce Kuchnia to - jak knajpa sama określa - połączenie tradycyjnej kuchni z kuchnią fusion. Dlatego nad wątróbką nie unosi się stereotypowo artystyczny nimb smażonej cebuli. Zamiast tego na talerzu ułożone są płatki kwiatów. U tradycjonalistów wywołać może to przynajmniej łagodny atak apopleksji - a już nerwowe drganie powieki to na pewno. Niesłusznie.
Menu pojawia się codziennie na tablicy. Są pozycje lunchowe, są te oznaczone jako "vegan". Są sałaty z granatem. Są wynalazki typu: wołowe policzki, ale znajdzie się i mniej szalony gzik. Zdecydowanie warto, wiara!
Być może część z Was kojarzy też Yeżyce Kuchnia, ten ich hipsterski logotyp i hipsterską miejscówkę w starym, przeszklonym budynku po lumpeksie, tuż obok sklepu ezoterycznego i hurtowni elektrotechnicznej. Ze slow-foodowym menu, wypisanym - a jakże! - hipstersko na tablicy za pomocą kredy (bo to takie vintage i eko). Jeśli nie kojarzycie - koniecznie zacznijcie. Przez Yeżyce Kuchnia zapragnęłam być hipsterem do końca moich dni. O ile tak właśnie karmi się tę kastę ;)
![]() |
| uszanowanko Yeżyce! |
Wystrój tego miejsca jest trochę stołówkowy, teoretycznie przypadkowy, ale to tylko pozory. Niech Was nie zwiedzie wygląd stołów i krzeseł, bo nawet ich niedopasowanie jest doskonale zaplanowane. Mimo początkowego hejta, podobało mi się to, że całość jest przeszklona. Choć z zewnątrz wygląda to niekoniecznie pociągająco, to w trakcie kolacji mogłam nieustannie mieć fyrtel na oku. A wiadomo, że bez mojego oka to się nic tam zadziać nie może :)
Jedzenie - klasa. Próbowałam zapiekanki jeżyckiej z ziemniaków i mielonego mięsiwa (oszczędzę szczegółów wegeludziom) z prawdziwym sosem z prawdziwych pomidorów - i na bank były to szczęśliwe pomidory, hodowane w ludzkich warunkach. Próbowałam też wątróbki kaczej (!) podanej na brukselce (!!) z gruszką (!!!) i ziemniakami, pieczonymi w mundurkach z rozmarynem (!!!!). Owszem, jestem zboczeńcem i lubię wątróbkę. Brukselki nie lubię, ale całe to danie w połączeniu dało wielce zacny efekt. Do paszy miła pani za ladą poleciła piwo Kejter z poznańskiego browaru SzałPiw. Opatrzone adnotacją z wuchtą chmielu. Nie jestem ekspertem od piwa, ale było przyjemne i lekkie. A do tego na etykietce stoi, co następuje: Po wielgachnej gisówie, na szagę bez pole i łodemkniętą uliczkę, przyknaił sie nóm do antrejki mały kejter. Chebać już zostanie. Urocze.
![]() |
| no i miałby kto serce powiedzieć jakie złe słowo? :) |
Jadło w Yeżyce Kuchnia to - jak knajpa sama określa - połączenie tradycyjnej kuchni z kuchnią fusion. Dlatego nad wątróbką nie unosi się stereotypowo artystyczny nimb smażonej cebuli. Zamiast tego na talerzu ułożone są płatki kwiatów. U tradycjonalistów wywołać może to przynajmniej łagodny atak apopleksji - a już nerwowe drganie powieki to na pewno. Niesłusznie.
Menu pojawia się codziennie na tablicy. Są pozycje lunchowe, są te oznaczone jako "vegan". Są sałaty z granatem. Są wynalazki typu: wołowe policzki, ale znajdzie się i mniej szalony gzik. Zdecydowanie warto, wiara!
A nazwa "Yeżyce" podobno dlatego, że "Jeżyce" są zbyt dosłowne. No i w nawiązaniu do dawnego Yssycz. Jak zwał, tak zwał - jak na razie żadna knajpka mnie nie rozczarowuje.
Po tej stronie.
Yeżyc :)
Słowniczek:
kejter - pies
gisówa - ulewa
na szagę - na przełaj
uliczka - furtka
przyknaił - przywlókł
antrejka - przedpokój
gisówa - ulewa
na szagę - na przełaj
uliczka - furtka
przyknaił - przywlókł
antrejka - przedpokój
sobota, 24 sierpnia 2013
...i różne inne dźwięki
Miałam pisać zupełnie o czymś innym, ale zachodzące na Jeżycach zjawiska zadziwiłyby swoim tempem niejednego filozofa. Fizjologa też. Nie mieszkajcie tu, jeśli nie czujecie się dostatecznie niezrównoważeni :)
Naprzeciwko moich okien znajdują się inne okna. To dość naturalne. Mniej naturalne jest to, kogo w tych oknach można czasem zobaczyć.
Dzisiaj był to Pan Menel, zagorzały wielbiciel polskiej muzyki rozrywkowej. Przekonał mnie o tym zresztą już dawno, czerwcowe festiwale telewizyjne są jego domeną. Parę miesięcy temu miałam preludium, kiedy zmuszono mnie do wysłuchania całego Opola, wraz z koncertami specjalnymi.
Od dzisiejszego popołudnia, ktoś wyśpiewywał z okna hity disco polo zapijaczonym głosem, na wszelkie protesty sąsiadów odpowiadając soczystym: "Nie będę cicho! Ty tak nie umiesz, kurwa!". Jak się okazuje, był to bifor przed wieczorem. Bodajże w Sopocie odbywa się właśnie jakaś biesiada - wiem to stąd, że przez okno sączą mi się głośne i skoczne piosenki grupy Enej. No dobra, mogę to przeżyć. Wyszłam jednak na balkon, celem dokładnego zlokalizowania źródła, bo jestem z natury ciekawska i wścibska. Oczom moim ukazał się Pan z naprzeciwka, tańczący z wielkim entuzjazmem w rytm folkowych hitów na wysokości swojego okna. Cóż - może. Wolnoć Tomku w swoim domku, jak mawiał poeta. Dziwniejsze było to, że przechodzący chodnikiem kilkuletni dzieciak z lodami w ręku, zatrzymał się pod oknem i zaczął dośpiewywać chórki. Jak Boga kocham.
I niech ktoś mi powie, że muzyka nie łączy pokoleń :)
Naprzeciwko moich okien znajdują się inne okna. To dość naturalne. Mniej naturalne jest to, kogo w tych oknach można czasem zobaczyć.
Dzisiaj był to Pan Menel, zagorzały wielbiciel polskiej muzyki rozrywkowej. Przekonał mnie o tym zresztą już dawno, czerwcowe festiwale telewizyjne są jego domeną. Parę miesięcy temu miałam preludium, kiedy zmuszono mnie do wysłuchania całego Opola, wraz z koncertami specjalnymi.
Od dzisiejszego popołudnia, ktoś wyśpiewywał z okna hity disco polo zapijaczonym głosem, na wszelkie protesty sąsiadów odpowiadając soczystym: "Nie będę cicho! Ty tak nie umiesz, kurwa!". Jak się okazuje, był to bifor przed wieczorem. Bodajże w Sopocie odbywa się właśnie jakaś biesiada - wiem to stąd, że przez okno sączą mi się głośne i skoczne piosenki grupy Enej. No dobra, mogę to przeżyć. Wyszłam jednak na balkon, celem dokładnego zlokalizowania źródła, bo jestem z natury ciekawska i wścibska. Oczom moim ukazał się Pan z naprzeciwka, tańczący z wielkim entuzjazmem w rytm folkowych hitów na wysokości swojego okna. Cóż - może. Wolnoć Tomku w swoim domku, jak mawiał poeta. Dziwniejsze było to, że przechodzący chodnikiem kilkuletni dzieciak z lodami w ręku, zatrzymał się pod oknem i zaczął dośpiewywać chórki. Jak Boga kocham.
I niech ktoś mi powie, że muzyka nie łączy pokoleń :)
sobota, 18 maja 2013
Najwyższy poziom empatii
Jak śpiewa Muniek: najlepsze miesiące to: kwiecień, czerwiec, maj - i pod tym to ja się mogę spokojnie podpisać wszystkimi kończynami, ile ich mam. I to mimo faktu, że Muńka nie lubię na równi z Beatą Kozidrak i Kombi.
Maj zaskoczył nas cokolwiek w tym roku, przyszedł znienacka, nawet nie wiosennie, a już prawie letnio. W związku z tym rozpoczęłam sezon spania przy otwartym oknie, bo to się mózg dotlenia i ogólnie ma się ładniejsze sny. O ile ma się w ogóle możliwość je dokończyć...
7:46, sobota (taka pora naprawdę istnieje), budzi mnie wrzask.
Zza okna słychać taki zbiór inwektyw, że niejeden zaprawiony recydywista, napadający staruszki na chodnikach w biały dzień z majchrem w dłoni, słuchałby tego z zażenowaniem i w głębokim zawstydzeniu. Ty kurwo, ty dziwko, ty bladź cholerna - mniej więcej w takim klimacie.
Jazgot na chwile milknie i w tym momencie rozlega się donośne:
- Opierdalaj starą ciszej, bo aż tu cię słychać.
Ano. Bo przecież porządni ludzie śpią.
Maj zaskoczył nas cokolwiek w tym roku, przyszedł znienacka, nawet nie wiosennie, a już prawie letnio. W związku z tym rozpoczęłam sezon spania przy otwartym oknie, bo to się mózg dotlenia i ogólnie ma się ładniejsze sny. O ile ma się w ogóle możliwość je dokończyć...
7:46, sobota (taka pora naprawdę istnieje), budzi mnie wrzask.
Zza okna słychać taki zbiór inwektyw, że niejeden zaprawiony recydywista, napadający staruszki na chodnikach w biały dzień z majchrem w dłoni, słuchałby tego z zażenowaniem i w głębokim zawstydzeniu. Ty kurwo, ty dziwko, ty bladź cholerna - mniej więcej w takim klimacie.
Jazgot na chwile milknie i w tym momencie rozlega się donośne:
- Opierdalaj starą ciszej, bo aż tu cię słychać.
Ano. Bo przecież porządni ludzie śpią.
czwartek, 4 kwietnia 2013
Prawa mniejszości
Jeśli coś jecie, to natychmiast przestańcie!
Idąc dziś Szamarzewem zauważyłam małą dziewczynkę, uparcie wgapiającą się w śmietnik. Dokładniej - w naklejkę czworonoga, która na nim widniała. Po chwili rozległ sie wrzask:
- Mamo, mamo, a pies może tam wrzucać swoją kupę, a ja nieeee...
Jawna niesprawiedliwość!
Idąc dziś Szamarzewem zauważyłam małą dziewczynkę, uparcie wgapiającą się w śmietnik. Dokładniej - w naklejkę czworonoga, która na nim widniała. Po chwili rozległ sie wrzask:
- Mamo, mamo, a pies może tam wrzucać swoją kupę, a ja nieeee...
Jawna niesprawiedliwość!
środa, 20 marca 2013
Skutki spacerów
Kiedy tylko mogę, to chodzę po fyrtlu piechotą. Każda okazja do poznawania Jeżyc jest dobra, chociaż szczególnym uczuciem darzę możliwość spacerowania suchą stopą i bez zimowego płaszcza na grzbiecie. Na przykład w bezchmurne, letnie poranki...
Dzisiaj trochę przypadkowych rzeczy, na które miałam okazję się natknąć.
Dzisiaj trochę przypadkowych rzeczy, na które miałam okazję się natknąć.
| Szczerze obawiam się, że będą w końcu robione nożnie. |
![]() |
| W sobotę nie czynne, albowiem bierne. |
![]() |
| w zasadzie to smutne dość jest. z cyklu: jak nagrodzić złodzieja. |
![]() |
| Garaże - wstęp wolny, wjeżdżajcie śmiało :) |
wtorek, 1 stycznia 2013
oby był lepszy niż poprzedni
Takie właśnie życzenia słyszałam dzisiaj najczęściej - i nie ma tu specjalnej różnicy, czy od znajomych czy nieznajomych.
Za piętnaście północ zwlokłam się z kanapy z niezwykle jasną myślą, że - co jak co, ale - Jeżyce zobowiązują. Co prawda piersiówki pod pachę nie wzięłam (jeszcze do prawdziwej penery mi sporo brakuje), ale dzielnie wyszłam na fyrtel. I czymże byłby ten niby-nowy rok bez Pana Menela?
- Pani z Jarocina?
- ...?
- No, z Jarocina?
(ja nie wiem, po czym się poznaje jarocińskiego autochtona? i dlaczego na niego wyglądam?)
- Nie, obecnie to z Poznania...
- Ahaaa. Bo ja też z Poznania! A jak pani na imię?
- Magda... (ale czujecie ten ton lekkiej konsternacji?)
- A mnie Bodzio. Prawdziwy Bodzio. A nawet Jedyny Prawdziwy Bodzio (przysięgam, że powiedział to dużą literą). Znamy się?
[W TYM MIEJSCU PRAGNĘ SKORZYSTAĆ Z OKAZJI, WPROWADZIĆ TROCHĘ PRYWATY I UŚWIADOMIĆ MEGO TATĘ, RÓWNIEŻ BODZIA: SORRY TATO, JESTEŚ PODRÓBĄ :)]
Ogólnie na Szamarzewie impreza przaśnojeżycka. Zdegenerowana młodzież, rzucająca pod nogi te huczące petardy, pijani studenci, ściskający kogo się da, bezzębne kobitki, proponujące mi drinka... Sama słodycz :) Tak w zasadzie to nie wiem, dlaczego, ale jak na osobę mocno trzeźwą, życzeń dostałam sporo :)
Za piętnaście północ zwlokłam się z kanapy z niezwykle jasną myślą, że - co jak co, ale - Jeżyce zobowiązują. Co prawda piersiówki pod pachę nie wzięłam (jeszcze do prawdziwej penery mi sporo brakuje), ale dzielnie wyszłam na fyrtel. I czymże byłby ten niby-nowy rok bez Pana Menela?
- Pani z Jarocina?
- ...?
- No, z Jarocina?
(ja nie wiem, po czym się poznaje jarocińskiego autochtona? i dlaczego na niego wyglądam?)
- Nie, obecnie to z Poznania...
- Ahaaa. Bo ja też z Poznania! A jak pani na imię?
- Magda... (ale czujecie ten ton lekkiej konsternacji?)
- A mnie Bodzio. Prawdziwy Bodzio. A nawet Jedyny Prawdziwy Bodzio (przysięgam, że powiedział to dużą literą). Znamy się?
[W TYM MIEJSCU PRAGNĘ SKORZYSTAĆ Z OKAZJI, WPROWADZIĆ TROCHĘ PRYWATY I UŚWIADOMIĆ MEGO TATĘ, RÓWNIEŻ BODZIA: SORRY TATO, JESTEŚ PODRÓBĄ :)]
Ogólnie na Szamarzewie impreza przaśnojeżycka. Zdegenerowana młodzież, rzucająca pod nogi te huczące petardy, pijani studenci, ściskający kogo się da, bezzębne kobitki, proponujące mi drinka... Sama słodycz :) Tak w zasadzie to nie wiem, dlaczego, ale jak na osobę mocno trzeźwą, życzeń dostałam sporo :)
| trzy, cztery, start |
| tak się bawi, tak się bawi Sza-ma-rzewo |
| tak, na końcu eee....hukło :P |
| jeżyckie latorośle |
| heca na sto fajerek |
| stamtąd na pewno nie było lepiej widać, ale co kto lubi :) |
| JPB czyli Jedyny Prawdziwy Bodzio. na dwunastej. |
niedziela, 9 grudnia 2012
Nieoczekiwane spotkanie
niedziela, 16 września 2012
Witamy w krainie...
...gdzie obcy zginie.
Konkretniej - na Szamarzewskiego.
Nie było łatwo zrobić to zdjęcie, bo rzeczywiście - dość często wystaje tam kwiat jeżyckiej młodzieży: brudnawy, palący podłe papierosy i plujący łupinami od słonecznika. Prowadzą oni zajmujące dysputy na temat tego, kto komu wpierdolił albo jak bardzo się najebał. Przechodząc obok, obawiam się ich bardziej niż wstawionych meneli. Chyba dlatego, że jeszcze nie do końca mają świadomość życia i jego konsekwencji. Jak u Peji - liczy się "szacunek ludzi ulicy", a ta wybitnie wymagająca nie jest. Smutne - ale przecież nie dziwne. Pod tym względem, zdaje się, Jeżyce nie są jakimś wyjątkiem. Zawsze tzw. młodzież była postrzegana przez starsze pokolenia, jako zdegenerowane i bezczelne jednostki. Nasuwa się tylko pytanie: skoro ja byłam dziesięć lat temu zdegenerowana i bezczelna, a proces postępuje - to czy gdzieś jest jakaś granica?
edit: Na popołudniowym spacerze byłam świadkiem pewnej sytuacji. Na Wawrzyniaka trzech podrostków kopało między sobą piłkę. Jeden z nich uderzył mocniej i futbolówka potoczyła się pod nogi siedzącego na schodkach pijaczka. Reakcja?
- Oddawaj piłkę, stary pedale...!
No. Właśnie.
Konkretniej - na Szamarzewskiego.
![]() |
| pytanie cokolwiek retoryczne. |
edit: Na popołudniowym spacerze byłam świadkiem pewnej sytuacji. Na Wawrzyniaka trzech podrostków kopało między sobą piłkę. Jeden z nich uderzył mocniej i futbolówka potoczyła się pod nogi siedzącego na schodkach pijaczka. Reakcja?
- Oddawaj piłkę, stary pedale...!
No. Właśnie.
sobota, 18 sierpnia 2012
samoobrona
Hmm...
Szamarzewskiego, 8.30, sobota. Z daleka słyszę wywrzaskiwane wiązanki, gdzie najłagodniejszym z epitetów jest "Ty kurwo!". No jak nic po przepitej nocy facetowi się przypomniało, że go żona zdradziła. Zwłaszcza, że echo niesie jeszcze słabe: "Sebastian! Ale... Sebaaaastian!!!". Nic bardziej mylnego.
Na środku ulicy stoi koleś. Jak rozjuszony byk. Notabene, typowy mieszkaniec Jeżyc, jeśli potraficie to sobie wyobrazić. Naprzeciwko niego... taksówka. Koleś rusza na taksówkę, zupełnie jak w tej grze w tchórza, w którą bawi się w filmach amerykańska młodzież. Drąc się bez przerwy dopada drzwi taksówki, prawie je wyrywa, chce wytargać taksówkarza na zewnątrz. Ten się broni, próbuje zamknąć drzwi i w końcu udaje mu się - odjeżdża. Wściekły Sebastian próbuje jeszcze kopnąć samochód w zderzak, ale efektem tego jest tylko widowiskowa gleba na cztery litery. Sytuacja co najmniej jak z kiepskiego filmu gangsterskiego.
Co się stało? Otóż Sebastian rzeczony, z kobietą i małym chłopcem, szli za mną całą drogę na Rynek. Kobieta przez telefon referowała sprawę jakiejś koleżance - więc, pośrednio, także mi. Okazało się, że taksiarz zapatrzył się na numery domów, w związku z czym wjechał na ścieżkę rowerową, po której szła nasza ekipa. I prawie przejechał dziecko. Komentarz Sebastiana w tej sprawie? Usłyszałam, jak sam do siebie mruczy pod nosem "No mojego małego łobuza prawie przejechał..."
Hmm...
Edit: no to jest niesamowite. Jak się okazuje, nie było to ostatnie spotkanie dzisiejszego dnia z tą barwną postacią. Na Targu Jeżyckim Sebastian zapatrzył się bardzo na czerwone korale, które wyłożyłam na swoim stoisku. Koniecznie chciał je wymienić za... znaczki :) Bardzo był natarczywy. Ale po cholerę mi znaczek z niedźwiedziem polarnym? Resztką sił powiedziałam, że dam mu korale, jak wróci z kolczykami (i tak bym mu je dała, bo determinacja była godna podziwu). W pewnym momencie wyciągnął w ogóle w moim kierunku paczkę ćmików (zwróciłam mu uwagę, że zaraz przypali mi spodnie swoim petem) i mówi:
- Masz papierosa.
Ja na to takie:
- Eeee... nie, dzięki...
A on:
- GARDZISZ?? Gardzisz moimi papierosami??
No to wzięłam dla świętego spokoju. Wszak miałam w pamięci taksówkarza z poranka. Ostatecznie ów Sebastian dostał swoje korale (a także jedne inne i kolczyki), a w zamian zostawił mi... przenośne DVD bez baterii i ładowarki. Patrzę na nie i serio - umieram ze śmiechu :)
Szamarzewskiego, 8.30, sobota. Z daleka słyszę wywrzaskiwane wiązanki, gdzie najłagodniejszym z epitetów jest "Ty kurwo!". No jak nic po przepitej nocy facetowi się przypomniało, że go żona zdradziła. Zwłaszcza, że echo niesie jeszcze słabe: "Sebastian! Ale... Sebaaaastian!!!". Nic bardziej mylnego.
Na środku ulicy stoi koleś. Jak rozjuszony byk. Notabene, typowy mieszkaniec Jeżyc, jeśli potraficie to sobie wyobrazić. Naprzeciwko niego... taksówka. Koleś rusza na taksówkę, zupełnie jak w tej grze w tchórza, w którą bawi się w filmach amerykańska młodzież. Drąc się bez przerwy dopada drzwi taksówki, prawie je wyrywa, chce wytargać taksówkarza na zewnątrz. Ten się broni, próbuje zamknąć drzwi i w końcu udaje mu się - odjeżdża. Wściekły Sebastian próbuje jeszcze kopnąć samochód w zderzak, ale efektem tego jest tylko widowiskowa gleba na cztery litery. Sytuacja co najmniej jak z kiepskiego filmu gangsterskiego.
Co się stało? Otóż Sebastian rzeczony, z kobietą i małym chłopcem, szli za mną całą drogę na Rynek. Kobieta przez telefon referowała sprawę jakiejś koleżance - więc, pośrednio, także mi. Okazało się, że taksiarz zapatrzył się na numery domów, w związku z czym wjechał na ścieżkę rowerową, po której szła nasza ekipa. I prawie przejechał dziecko. Komentarz Sebastiana w tej sprawie? Usłyszałam, jak sam do siebie mruczy pod nosem "No mojego małego łobuza prawie przejechał..."
Hmm...
Edit: no to jest niesamowite. Jak się okazuje, nie było to ostatnie spotkanie dzisiejszego dnia z tą barwną postacią. Na Targu Jeżyckim Sebastian zapatrzył się bardzo na czerwone korale, które wyłożyłam na swoim stoisku. Koniecznie chciał je wymienić za... znaczki :) Bardzo był natarczywy. Ale po cholerę mi znaczek z niedźwiedziem polarnym? Resztką sił powiedziałam, że dam mu korale, jak wróci z kolczykami (i tak bym mu je dała, bo determinacja była godna podziwu). W pewnym momencie wyciągnął w ogóle w moim kierunku paczkę ćmików (zwróciłam mu uwagę, że zaraz przypali mi spodnie swoim petem) i mówi:
- Masz papierosa.
Ja na to takie:
- Eeee... nie, dzięki...
A on:
- GARDZISZ?? Gardzisz moimi papierosami??
No to wzięłam dla świętego spokoju. Wszak miałam w pamięci taksówkarza z poranka. Ostatecznie ów Sebastian dostał swoje korale (a także jedne inne i kolczyki), a w zamian zostawił mi... przenośne DVD bez baterii i ładowarki. Patrzę na nie i serio - umieram ze śmiechu :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)













