Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bieszczady. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bieszczady. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 sierpnia 2013

Tanecznym krokiem

Obiecuję, że to już ostatni raz, kiedy piszę o wojażach pozajeżyckich. Słowo harcerza! Którym, rzecz jasna, nigdy nie byłam ;)
To nie jest do końca tak, że pojechałam sobie gdzieś, zmieniłam otoczenie i wszystko było inaczej. Przeciwnie - mam wrażenie, że uniwersalność przejawia się absolutnie wszędzie. Wszędzie są zaniedbane kamienice czy starsi ludzie, opowiadający swoje historie. Co, zresztą, zaraz zobaczycie.

Jeszcze Bieszczady, notes ze skrzynki na Siodle pod Dziurkowcem.
Nie byłabym sobą, jakbym nie wspomniała o Jeżycach :)

Gdyby ktoś z Was chciał się wybrać na Ukrainę, ale boi się, że a) będzie koczował siedem dni i siedem nocy na granicy w Medyce, ścigany przez wrogie spojrzenia kijowskiej mafii, b) w bratnim kraju postkomunistycznym podpalą mu samochód; na każdym rogu dostanie wycisk, jeśli tylko użyje polskiego języka, a w ostateczności wróci bez połowy narządów wewnętrznych (to znaczy bez tych, bez których z trudem, ale da się żyć) lub: c) w drodze powrotnej jego pojazd i bagaż zostaną rozebrane do ostatniej śrubki w poszukiwaniu szmuglowanego towaru - to niech się nie boi. Bzdura, bzdura i jeszcze raz bzdura. Czas smażenia się w słońcu na granicy wynosi jakieś 2 godziny maksymalnie. W dodatku na ogół wszyscy byli dość otwarci na współpracę, może poza pewnym ukraińskim strażnikiem, który zdenerwował się, że nie możemy znaleźć jednego paszportu i ostentacyjnie poszedł konsumować śniadanie.

Zwyczaje na Wysokim Zamku są takie, jak
w Poznaniu na Moście Jordana.

Jedna z knajpek na lwowskim Starym Mieście. Ładne!

Knajpki ciąg dalszy.

Mieszkańcy Lwowa są tolerancyjni, a dogadać się z nimi można głównie po polsku - angielski znała tylko managerka hostelu. Z kolei właściciel hostelu, pan Jaro, chociaż nieprzytomnie dwa razy dziennie zapytywał, skąd właściwie przyjechaliśmy i mówił o tym, że mu Cyganka wywróżyła żonę z Polski, proponował nam co i rusz: pierożki, wódkę, piwo, wódkę, wino, wódkę i na sam koniec usmażył szczupaka. Ponadto poczęstował mnie najdziwniejszym komplementem w życiu - a Jeżyce nieźle mnie już zdążyły znieczulić. "Wiesz, że w średniowieczu palili piękne kobiety za ich urodę, bo to oznaczało, że są wiedźmami? Ciebie musieliby spalić pięć razy...!". Cóż, zawsze wiedziałam, że jestem wiedźmą - ale teraz mam świadomość, że aż do piątej potęgi :)
Jego przyjaciel, azerski kucharz, pełen szczęścia puścił nam polską piosenkę ze swojej komórki. Piękny, cudowny, podręcznikowy wręcz przykład przaśnego disco polo o tytule "Żono moja". W dodatku musieliśmy się z grzeczności cieszyć. Cud, miód, ultramaryna :)

Podwórko po drodze z Wysokiego Zamku.
Czy ktoś może mi to wytłumaczyć?

Nie był to żaden sklep ani wystawka. Lokalna atrakcja?

Lwów - Jeżyce. Znajdź różnicę.

Jak wsie potiomkinowskie - ładne fronty,
podwórka w kiepskim stanie.
no jak wyżej.

Wersja rynku dla turystów. Prawdziwe bazary
z jedzeniem były imponujące. Mięso i nabiał
natomiast - piekielnie drogie.

Ciekawego typa spotkaliśmy też w Kazimierzu Dolnym, już na odwrocie na Poznań. Przy wejściu do toalety zagadnął nas młody chłopak, jeden z obsługujących, potem dołączył do niego starszy pan. Usilnie nie chciał pozwolić nam odejść, pytając skąd jesteśmy ("Poznań, to tam koło Kostrzyna") i opowiadając o tym, jak ostatnio podróżował po Meksyku. "Wiecie, bo u nas to tak jest... Pieniądze mieć, samochód, mieszkanie, jakieś zabezpieczenie. A tam to kobieta żyje w jednym pokoju z kuchnią i nie zamartwia się o jutro. Co więcej trzeba? Przespać się dobrze, seks dobry odstawić, żeby obopólna radość była". Kiedy już zbieraliśmy się do odwrotu dobiegło nas jeszcze:
"Samba, wieczory i seks! Tylko to się liczy!"

Wygląda na to, że recepty na wszystko potrafią być bardzo proste, jeśli tylko człowiek nauczy się samby :)

czwartek, 25 lipca 2013

gratis

Ja doskonale wiem, że mnie coś tak jakby nie ma ostatnio, ale szlajam się właśnie po połoninach. Jednak trudno być w dwóch miejscach naraz.
A zatem historia bieszczadzka.

Tak się szczęśliwie składa, że nocleg wypadł w Piotrowej Polanie w Wetlinie, miejscu najbardziej cichym, spokojnym i ciepłym, jakie można sobie wyobrazić. Dzisiaj, po zasłużonym obiedzie (grzbiet Połoniny Caryńskiej nareszcie pod stopami!), zmywanie wypadło na mnie. Tak zwany wodopój mamy wspólny z cała ferajną z ośrodka. No dobra. W formie starej wiedźmy (twierdzenie jak najbardziej uprawnione, z uwagi na zjarany na buraczkowo nos i zwichrowany kołtun na głowie) stanęłam sobie obok ślicznych, różowych dziewczyneczek, a umysł mój odpłynął w niezbadane rejony świata resztek obiadowych i płynu do naczyń. Moje kilkuletnie towarzyszki szybko przywołały go jednak z powrotem:

- Mam takie długie włosy, ale W PEŁNI naturalne. Przedłużanie tyle kosztuje... zresztą, teraz wszystko kosztuje. Zdrowie nawet kosztuje!
- Nooo... Tylko powietrze jest za darmo...
- Coś Ty! Skąd się bierze powietrze?
- No z drzew.
- Właśnie. A drzewa trzeba najpierw kupić i zasadzić. Moja droga, mówię Ci, w życiu za darmo jest tylko życie...

Darmowe, ale bezcenne :)

niedziela, 12 sierpnia 2012

Jeżyce w Bieszczadach

Na 10 dni opuściłam ukochane Jeżyce i wybrałam się w Bieszczady, też ukochane. Wróciłam i będę wracać jeszcze wiele razy. Zawsze bowiem pojawia się coś nowego.
Pominę tym razem same góry, szczyty i widoki, bo to wiadomo (chociaż warto wspomnieć o siedmiogodzinnej trasie Tarnica-Halicz-Rozsypaniec - wracałam już na autopilocie, chociaż nie oparłam się pokusie zboczenia na samym końcu na stary, grekokatolicki cmentarz i ruiny cerkwi w Wołosatem). Kiedy już człowiek się wdrapie pod górę, widzi wszystko po horyzont. Ponadto: połoniny pełne kwiatów, hasające zające, szumiące potoki... Tylko trzeba pamiętać o ochronie przed wiatrem, bo wieje jak... na końcu świata :)

Co było nowego tym razem?

Po pierwsze - małe cerkiewki, zamienione na katolickie kościoły w latach '50. Urocze, drewniane, przytulone do kilkudziesięcioosobowych wioseczek w górach. Zwieńczone kopułami, doskonałe przykłady kunsztu ciesielskiego.

Po drugie - Baza ludzi... z mgły. Świetny pub, fantastyczny bar, obklejony zdjeciami, legitymacjami, nieważnymi dowodami, biletami i wszystkim, co jeszcze można tylko wymyślić. Ogromny wybór piwa (choć nie miałam czasu testować) i absolutnie urocze "Baziane" - lokalne piwo w małej butelce z odpowiednią etykietą. Chociaż smak nie powalił mnie na kolana.

etykieta, pieczołowicie odklejona z Bazianego


Po trzecie - słowackie Medzilaborce, w których znajduje się Muzeum Sztuki Nowoczesnej i wystawa prac Andy'ego Warhola, który urodził się był w tamtych okolicach.

Po czwarte - jedzenie w Chacie Wędrowca. Od naleśnika bieszczadzkiego z jagodami, po smażony ser - wszystko, czego próbowałam, było doskonałe. I świetny, ciepły klimat tego miejsca... Polecam każdemu, kto kiedykolwiek wybierze się w Bieszczady.

Po piąte - przypadkowy koncert zespołu "Cisza jak ta" w typowym, bieszczadzkim klimacie - gitary, flet, charakterystyczny wokal. I to wszystko zaraz przy domku, w ośrodku PTTK.

Po szóste i ostatnie - poranna kawa na schodkach. I zbieranie sił na powrót.