Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fyrtel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fyrtel. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 maja 2015

Wyrazy uznania

Przyrzekłam sobie kiedyś solennie, że - choćby nie wiem co - nie będę gonić za uciekającym tramwajem. Co to, to nie! Tramwaj może sobie co najwyżej gonić za mną, jestem ponad to. Tak właśnie.
Cóż - wiecie czym się kończą złamane obietnice? Tym, że się nie może za bardzo zginać kolana, przykłada się do niego paczkę mrożonego szpinaku i planuje wizytę u ortopedy. Jak jednak pokazuje życie, zwykła podróż do lekarza może spowodować, że spotkamy na swej drodze kogoś niezapomnianego...

- No nareszcie widzę porządnie ubraną kobietę! - usłyszałam, stojąc jedną nogą na Teatralce (stwierdzenie bardzo dosłowne) i czekając na dwunastkę. Lekko zawiany i odrobinę nieświeży starszy Pan przystanął półtora metra ode mnie i oddał się wnikliwej kontemplacji mojej długiej spódnicy, którą wiatr zamienił raczej w coś na kształt flagi, powiewającej na wietrze w jakieś narodowe święto. - Pani pozwoli, ze się jeszcze napatrzę, Pani tak ślicznie wygląda... Zapytam jeszcze: czy ON o tym wie...?

Pan sprawiał wrażenie nieszkodliwego, nie padło z jego ust żadne sakramentalne "Kierowniczko, poratuje Pani złotóweczką?", nic z tych rzeczy. Moje wątpliwości rozwiało zaś już całkowicie gorzkie stwierdzenie, że czasami człowiek musi nauczyć się żyć samotnie. Pan po prostu potrzebował rozmowy.

- Ja się dziś trochę upiłem, za co bardzo Panią przepraszam. - wyznał w pewnym momencie Pan z pewną dozą nieśmiałości - Ale tak sobie myślę - a, podejdę i powiem. Najwyżej w pysk dostanę, co mi zależy. Mam już 71 lat, jestem bezdomny, ogolić bym się musiał... Hanka, moja żona (ona odeszła, już nie żyje) mi zawsze co prawda mówiła: Ja to lubię, kiedy ty mnie tak tą brodą wygłaskasz. Ale teraz to jest inaczej.

W tym momencie pragnę stwierdzić, że tramwaj linii 12 nie ma za grosz empatii i litości. Brutalnie wjechał w sam środek konwersacji i przerwał kiełkującą przyjaźń. Wtaczałam się do niego powoli, kiedy doleciało do mnie jeszcze:
- To niech Panie JEMU powie, ze Pani dziś miała absztyfikanta na mieście!

Oj tam zaraz... Wszystkim się pochwalę, a co!

piątek, 6 marca 2015

Na poziomie

Pytanie: Czym skutkuje podsłuchiwanie pewnej bujnej blondyny, przechadzającej się po markecie z telefonem przy uchu?
Odpowiedź: Poniższym.

- Ty wiesz...? Ja to chyba jednak nie będę się z nim spotykać. On mi nie dorasta poziomem...!
- ...
- Jak to, jakim? Tym, no... intelektualnym!

To, no... całkiem prawdopodobne.

piątek, 16 stycznia 2015

Syn marnotrawny

Zanim zacznę historię właściwą - dygresja: nie uważacie, że w tramwaju powinna być specjalna strefa dla tych, którzy czytają książki? Jakaś ławeczka, podpórki, cokolwiek. Miałam ostatnio do czynienia z jednym książkowym cyklem i pochłonął mnie on do tego stopnia, że zaczęłam czytać w tramwaju - i to mimo choroby lokomocyjnej.
Nie, to nie Harlequiny.

W każdym razie uwiesiłam się wówczas jedną ręką na trzymadełku przy szybie, książkę oparłam drugą na najbliższym oparciu i - równoważąc kołysanie tramwaju umiejętnym balansowaniem wypełnioną torbą - jechałam sobie w najlepsze do pracy. W rzędzie siedzisk, przy którym stałam, siedzieli natomiast kolejno: dziecko, mama i drugie dziecko, płci męskiej, zwane Dominikiem. Dziecko owo zabawiało się w czasie jazdy grzebaniem w nosie i rozmazywaniem znalezisk na szybie. Słodziak.

Dramat zaczął się w momencie, w którym rzeczony Dominik (lat ze cztery na oko, ubogi zasób słownictwa, ograniczający się do "alo" [telefon komórkowy - przyp. tłum.] i "mama" [mama - przyp. tłum]) postanowił stać na siedzeniu, a jego rodzicielka absolutnie się temu sprzeciwiła. Dzieciak najpierw matkę uszczypnął, a kiedy powiedziała mu, że boli - plunął jej prosto w twarz.

Zatkało mnie.
Nie wyobrażam sobie nawet, jak przykro i wstyd musiało być tej kobiecie. Nastąpiła seria krzyków, z której widzowie dowiedzieli się, że Dominik ma zakaz na telewizję i zabawki. W małolacie ruszyło się chyba w końcu sumienie i nieśmiało spróbował nawiązać kontakt, wołając mamę. W odpowiedzi usłyszał:
- Od dzisiaj nie masz  już mamy!

A mnie zatkało po raz drugi.

wtorek, 13 stycznia 2015

W stronę światła

Ogólnie w moim życiu jest tak, że panicznie boję się psucia się rzeczy codziennego użytku. Awarie spłuczek i kranów, zawieszający się komputer czy doprowadzenie do porządku roweru po zimie to zadania, które przerastają mnie absolutnie i w obliczu których zamieniam się w bezradne, chlipiące nieszczęście. Wyobraźcie sobie więc wczoraj moją rozpacz czarną, kiedy w moim domu najpierw strzeliła żarówka, potem korki, a potem ciemność. Znaczy - ciemność nastała, nie strzeliła. A ja w szufladzie dokładnie dwa śrubokręty i młotek. I nic ponadto, nawet latarki.

Resztką przytomności sprawdziłam nieszczęsne korki i umieściłam w pozycji pożądanej. Bez efektu, motyla noga. Znaczy: sprawa jest grubsza.
Jak powszechnie wiadomo, jedyną osobą, która zna się na korkach, zakamienionej pralce i linkach hamulcowych jest tata, więc naturalnym krokiem był telefon po pomoc. Zupełnie nieważne, że owa pomoc znajduje się trzysta kilometrów dalej i niewiele może zdziałać. Ostatecznie więc, pełna obaw, drżącą ręką wystukałam numer Pogotowia Energetycznego.

Przyjechał Pan. Dwa polary, wysłużony dres, wielkie torbiszcze i latarka sprawiły, że z miejsca zaufałam jego umiejętnościom technicznym. No Pan ewidentnie w stadium fachowca. Nie minęło 15 minut, jak lodówka zamruczała uspokajająco, a router błysnął wesoło zielonym światłem. Pełna wstydu i skruchy za wadliwą żarówkę podjęłam się próby wytłumaczenia Panu mojej - pożałowania godnej - indolencji. Pan, zerkając jednym okiem na spisywany protokół, odparł tylko:
- Pani kochana, to to nic! Taki drobiazg to się po prostu zdarza! W weekend to mieliśmy historię - trzasnęło w sobotę wieczorem, a że coś dużego, to tylko Enea ma dostęp. Więc całą sobotę i niedzielę rodziny były bez prądu. I nawet jedna Pani mówi do mnie: ale ja dzisiaj męża pochowałam, jakże to mam siedzieć po ciemku! No a co ja jej mam poradzić, jak ja tylko korki mogę naprawić...

Mężowi już nie pomogę.

sobota, 29 listopada 2014

Szewcy

Zaprawdę powiadam Wam: jeśli się chce znaleźć szewca na Jeżycach to trzeba się trochę nagłówkować. Wyszukiwarka niewiele pomaga, mapa jeszcze mniej. Z pomocą przychodzą znajomi, którzy usłużnie podpowiadają, w jakich bramach i oficynach kryją się przedstawiciele tego szlachetnego, acz zapominanego - w dobie konsumpcjonizmu - zawodu. Ale dobra nasza, pierwsza przeszkoda pokonana.

Druga - to godziny pracy. Jak się okazuje, szewc pracuje mniej więcej w godzinach 10-16 od poniedziałku do piątku. Pozostając w nurcie konsumpcjonizmu - ok, ludzie, którzy gnają za pieniądzem i robią oszałamiające kariery nie noszą butów do szewca, tylko kupują nowe. Jednakowoż moje gnianie odbywa się najwidoczniej w ograniczonym zakresie, ponieważ jestem do obuwia dość przywiązana, a poza tym chciałam tylko, żeby ktoś je podkuł.  Szpilki maja niepokojącą tendencję do tracenia fleczków na jeżyckich dróżkach.

Po wszystkich tych przejściach, pokonując trudności i korzystając z dnia wolnego, stanęłam wreszcie z wyrazem triumfu na twarzy w drzwiach malutkiej, szewczej kliteczki, pod pachą dzierżąc pokaźny pakiet hurtowych ilości szpilek wszelkich kolorów. A co. Drugim razem mogę już nie mieć okazji, więc podkuwam się na zaś.

Powitała mnie Pani starsza, która zresztą od progu nadawać zaczęła o tym, że jest takim dobrym pracodawcą, że swoim pomocnikom wolne dziś dała, bo to po święcie. Sama do pracy przyszła. A potem zaczęłyśmy - jak to dwie baby - pogaduchy o butach. Że tyle tych szpilek przyniosłam, to pewnie lubię, ale - ho, ho, tak, tak - chodzić w szpilkach to trzeba umieć! Pani, na ten przykład, nauczyła się, kiedy była młodsza i miała własny sklep we Wiedniu (!).
A na sam koniec usłyszałam jeszcze:
- Bo ja mam 70 lat, a moje najwyższe obcasy mają 16 centymetrów! I ja wciąż w nich chodzę!

I obyśmy wszyscy mogli się tak pochwalić za lat kilkadziesiąt!
Choć rozumiem, że Panowie niekoniecznie mogą chcieć ;)

wtorek, 14 października 2014

Biało-czerwoni

Hmm...
Czy jak słyszę przez uchylone okno wrzask przynajmniej pięciu różnych przedstawicieli płci męskiej o treści: Nieee, kurwa, NIEEEEEEEEEEEEEEE, kurwa mać!, a zaraz potem trzask czegoś (najpewniej krzesła), rzucanego o ścianę, to znaczy to, że tym razem nie wygrywamy meczu z Niemcami?

Chyba tak.

wtorek, 23 września 2014

Mechanizacja

Miałam kiedyś takiego wujka-staruszeczka. Właściwie pierwszy raz w życiu rozmawiałam z nim, kiedy ów jegomość miał lat 90+ i wciąż wybitne poczucie humoru. Serio, nikt ze starszych ludzi nie skarżył się na zdrowie tak, jak on:
- Oko mam sztuczne. Tu mnie w gorset włożyli. Tu śrubę wkręcili. Jestem jak jakiś Robocop...
I tyle o wujku. Przypomniał mi się w związku z dzisiejszą historią.

Wracałam niedawno niespiesznie Szamarzewem, zatopiona we własnych, nieco ponurych myślach, kiedy dotarło do mnie, że jestem adresatem wypowiedzi. Zupełnie jak podczas burzy - najpierw pojawiła się wizja (starszy pan poruszający ustami), a potem fonia. Niesamowite uczucie!
Pan poprosił, żeby go przetransportować na drugą stronę ulicy. Ot, on się mnie tu pod ramię złapie i - podpierając się laską - powolutku przejdzie pod sklep. Hm... Normalnie to trzymam dystans podczas pierwszego spotkania, a on tak od razu do intymnego pożycia. Ale niech tam, cel szczytny.

Ruszyliśmy w drogę mozolnie (czytaj: w skali od "szybko" do "wolno",my mieliśmy: "wyprzedzają Cię ukwiały"). Cóż, rzeczywiście pan poruszał się z wyraźną trudnością. I wiedziałam, że nie muszę nawet pytać, dlaczego, bo i tak sam mi powie :)
- Trzy razy w tym tygodniu byłem na Lutyckiej (przyp. mieszk. Pozn. - tam jest szpital. Swoją drogą, ciekawe, bo dziś dopiero wtorek, to skąd te trzy razy? Chyba, że dwa razy dziennie jeździł). Trzy razy byłem, żeby mi śrubę z kolana wykręcili, a oni co? "Nie mamy sprzętu, trzeba poczekać". No to jak? Żeby wkręcić to sprzęt mieli? A teraz żeby wykręcić to nie ma? Wolne żarty! Sam bym to sobie wykręcił i wyklepał, jakby mi dali śrubokręt i młotek. Sam!!!

Dobra, dobra.
Przecież jak już się brać za wyklepywanie, to przecież nie samemu.
Najlepiej ze szwagrem ;)

niedziela, 24 sierpnia 2014

Skandal

Oj, bo miotało mną w tę i nazad ostatnio, no...
Sierpień upłynął mi na słuchaniu Manu Chao na Woodstocku, walca we Wiedniu, Tańców Węgierskich Brahmsa w Budapeszcie i eee... jakiejś tam muzyki w Chorwacji. Bite dwa tygodnie poza Jeżycami. Marnotrawstwo czasu, nie ma co.

Ożywczym odświeżeniem po tych męczących wojażach była więc dziś przymusowa wycieczka z Teatralki do domu na własnych nóżkach. Po 10 minutach, spędzonych na przystanku, stan osobowy tramwaju wynosił wciąż zero, uznałam więc, że los tak chciał i że najwidoczniej ma wobec mnie ukryte plany. Owszem, nie powiem, ciekawym było spotkanie na Rynku pana, który nadpijał napój owocowy z buteleczki i dolewał do niego wódki. Jednakże strudzony wędrowiec ma szansę na swej drodze spotkać jeszcze bardziej mrożące krew w żyłach przygody.

Z początku nic nie zapowiadało tego, co miałam ostatecznie usłyszeć. Wiatr cicho szumiał w koronach drzew, grupki młodzieży paliły papierosy w bramach, a psie kupy tradycyjnie spoczywały na kwadratach ziemi pod drzewami. Ot, niedziela. Na ławce, skądinąd jedynej na Szamarzewskiego, rozsiadła się grupka osobników i osobniczek. W wieku... hmm. Właśnie.

Przedstawicielka grupy z zapałem opowiadała reszcie następującą historię:
- Wczoraj szłam z mamą na zakupy i wiecie co? Widziałam Marcina z tą Alicją. Za rękę! Nawet cześć mi nie powiedział, tylko udawał, że nie widzi.
- Coś Ty! A ostatnio przyszedł za rękę z tą drugą Dominiką.
- No zobacz... Co za dziwkarz!

Mocne słowa, jak na (plus-minus) dwunastolatkę.

poniedziałek, 28 lipca 2014

Na białym koniu

Kto z Was pamięta wierszyk Tuwima o wdzięcznym tytule Lokomotywa? Podejrzewam, że w tym momencie, gdzieś w Internecie podniósł się wirtualny las rąk. Dobrze.
Od pewnego czasu czuję, że utwór ten stał się niebezpiecznie tożsamy z moim życiem. Wprost podejrzanie się z nim identyfikuję. A konkretniej, chodzi o fragment:
Puff - jak gorąco!
Uff - jak gorąco!

Płynny ołów, lejący się z nieba, ma też niebagatelny wpływ na bytność i niebytność rodzaju ludzkiego na ulicach. W niedzielę, w godzinach popołudniowych, wlokłam się na ten przykład (jak żółw ociężale: Tuwim dobry na każdą okazję!) do domu i co? I nic właśnie! Ani żywej duszy na ulicy! Miasto wzięło i zdechło. Ciut inaczej jest w środku tygodnia, kiedy w zatłoczonych i gorących tramwajach tłoczą się i pocą chyba wszyscy. I taka też to będzie historia.

Zazwyczaj w tramwaju separuję się od świata i zakładam muzykę na uszy. Kiedy jednak dzisiaj wracałam do domu w skwarze i niewydolnej, tramwajowej klimatyzacji, doszłam do wniosku, że to będzie cokolwiek o jeden bodziec za dużo dla roztopionego mózgu. Dzięki temu dane mi było podsłuchać poniższą rozmowę telefoniczną pewnego Pana.

- No, mówię Ci, to jest proste jak świński ogon (hmm... ok, z biologią to i może byłam zawsze trochę na bakier, ale wydawało mi się, że świńskie ogony... zresztą, nieważne). Świat jest zidiociały! Zalewa nas potok debilizmu. I wiesz, co w takim świecie trzeba? Trzeba być jak rycerz! Z otwartą przyłbicą kroczyć pośród idiotów! Nie dać się opluwać! Być nieczułym na kopniaki (no, to nietrudne, kiedy ma się zbroję)! Rycerstwo przeciwstawić kretyństwu...!

Racja li to, Mościa Państwo?
Azaliż?

wtorek, 8 lipca 2014

Zjedzanie Jeżyc: Knajpka na Fyrtlu

Przyszło mi ostatnio do głowy, że Szamarzewskiego to już naprawdę niejako reprezentacyjny jeżycki deptak. Nie dość, że przy projektowaniu przestrzennym chyba wzięli pod uwagę element społeczny, bo chodniki szerokie na trzech rosłych karczków i z błyszczącego nowością (niczym złoty łańcuch) poz-bruku, to jeszcze lokali wyrosło przy ulicy co niemiara. Postanowiłam więc stanowczo postanowić stołowanie się przy wolnych dniach na tzw. mieście. Z inspiracji tym oto postem, padło ostatnio na Knajpkę na Fyrtlu, która co prawda na Szamarzewie nie jest, ale właściwie to całkiem nieopodal.

Teraz będzie wstydliwe wyznanie. Mimo, że mieszkam w Poznaniu już nieomal osiem lat, nigdy - powtarzam, NIGDY - nie jadłam jeszcze pyrów z gzikiem. Wiem, co to pyry i wiem, co to gzik i generalnie trudnym nie jest, aby sobie ten smak wyobrazić, ale jakoś no... Nigdy się nie złożyło. Tym bardziej się cieszę, że mogłam przeżyć ten swój podniosły pierwszy raz akurat tam, w obecności miłych i życzliwych osób ;)

To, co podoba mi się tam bardzo, to ściany. A właściwie - plansze na ścianach. A właściwiej - napisy na planszach, które stanowią mały słowniczek gwary poznańskiej. Pałaszując kopiastą porcję sztandarowo wielkopolskiego dania (wielką jak dla słonia), sprawdzałam sobie radośnie własną, osobistą znajomość tutejszego dialektu. Z dumą mogę powiedzieć, że jak na element napływowy, szło mi dość niesamowicie.

Sporo ludzi wpadało po obiad na wynos, wychodzący żegnali się serdecznie i obiecywali, że wrócą raz jeszcze zjeść obiad na tej miśnieńskiej porcelanie, która - zupełnie nielogicznie - przypomina styropianowe talerzyki. Było przeserdecznie i pysznie. Mogę powiedzieć, że gzik był właściwie lepszy niż u babci. I to będzie na pewno prawda, bo żadna z moich babć nigdy mi gzika nie zaserwowała :)
I podobno warto tam wpaść na kaczkę!

komu przetłumaczyć? :)
Knajpka na Fyrtlu, Kraszewskiego 7

środa, 2 lipca 2014

Pochwała grzeczności

Niewiele jest rzeczy, które lubię bardziej niż kupowanie ziół, bukietów i kwiatów na Rynku Jeżyckim. Żeby dać tu jakieś wiarygodne porównanie, to hmm... Powiem może tak: lubię szczeniaczki. Ale dla wywołania podobnego uśmiechu radości, szczeniaczek musiałby siedzieć w koszyczku, mieć kokardkę, lizać sobie łapkę różowym jęzorkiem, nieporadnie merdać ogonkiem, rozczulająco klapnąć na kuper i kichnąć. No i, oczywiście, w koszyku poza nim powinno być zeskładowane jeszcze jakieś dwa kilo czekolady.
Z karmelem.

Dużą radością było wczoraj dla mnie wybieranie bukietu na prezent urodzinowy, zwłaszcza, że kwiaciarki - i te legalne i te przycupnięte na obrzeżach targowiska, prześcigają się wręcz we florystycznej pomysłowości. Zdziwilibyście się, jakie zastosowanie mają zwykłe klonowe liście i że można je opchnąć za całkiem przyzwoite siano. Uzbrojona w zgrabny bukiecik i uśmiechniętą mordkę, walcząc po drodze z nierównym chodnikiem, obrałam wreszcie azymut na umówione wcześniej z koleżanką miejsce docelowe (żarcie w wegańskim Wypasie, ale o tym jeszcze opowiem przy okazji - są tak eko, że mają nawet jadalne talerze!).
Po drodze minęło mnie dwóch Panów Meneli, sprzeczających się zabawnie na temat tego, któremu z nich niosę bukiet i dlaczego nie temu drugiemu ("Bo za brzydki jesteś!"). Hola, hola, moment! Odparłam grzecznie, że przykro mi bardzo, ale nie tym razem, bo kwiaty dedykowane są koleżance.

- To niech zgadnę. Koleżanka Emilia?

No i tu mnie przytkało. Bo to jak w morde strzelił rzeczywiście to Emilia rzeczone urodziny obchodzi, ale ani nie podejrzewam jej o takie jeżyckie znajomości, ani - tym bardziej - Pana o zdolności parapsychologiczne i czytanie w moich własnych myślach. To mogłoby być zresztą ciężkie przeżycie.
Na szczęście, Pan zreflektował się chyba w moim cokolwiek ogłupionym wyrazie twarzy, bo zaczął wyjaśniać:
- Wczoraj przecież było Emilii, wiedziałem, że to dla niej! A pani to w ogóle fajna dziewczyna jest, nie krzyczy pani, że pijaki panią zaczepiają, tylko kulturalnie pani rozmawia. To życzę wszystkiego najlepszego i miłego dnia.

Koniec końców, Emilia rzeczywiście okazała się być Emilią nie tylko urodzinową, ale i imieninową. Oto więc dowód na to, że pozytywne podejście do życia i ludzi może uratować Was od towarzyskiego faux pas!
Brać przykład!

wtorek, 24 czerwca 2014

Jeżyce otwarte na wszystkich!

- I jeszcze jacyś ludzie z balonami... O co tutaj chodzi...? - zastanawiał się z nutą podejrzliwości w głosie pewien napotkany, pięcioletni berbeć. Napotkany w Starym Zoo, dodam. To własnie tam w sobotę, 7 czerwca (wieeem - ta zaprzeszła data brzmi jak kompromitujący wyrzut sumienia) odbywały się główne obchody Dnia Najbardziej Barwnej i Najfajniejszej Dzielnicy w Całym Poznaniu. Organizatorzy skrócili nazwę co prawda do "Dnia Jeżyc", ale na pewno tylko po to, żeby się łatwiej zapamiętywało ;) Święto działo się bodajże już po raz dziewiętnasty, tym razem pod kryptonimem: "Jeżyce otwarte na wszystkich!".

prezentacja lokalnej kwiaciarni.
Właściwie to się nie powinnam poczuwać do głoszenia wszem i wobec tych niezwykłych obchodów, wpadłam tam bowiem tylko na jedną godzinę, minut trzydzieści, na oko licząc. Ale sąsiedzka, otwarta atmosfera od razu opatuliła mnie swymi skrzydłami :) Przed wejściem do Starego Zoo ulokował się przyjemny zespół oraz jednodniowe restauracje (nie wiem, jak się robi sernik z kasztanów, ale ten, którego próbowałam, zapisał się na moim podniebieniu złotymi zgłoskami. Mniam!). W środku za to harcerze serwowali grochówkę, nie zważając na ukrop z nieba. Na scenie: teatrzyk o Królewnie Śnieżce. Na bocznej ścieżynce: pomoc w sprawach rowerowych z BikePark. Pośrodku parku: KOprojektownia, prowadząca konsultacje społeczne odnośnie jego zmian na jeszcze lepsze, zbierająca pomysły, sugestie i życzenia. Kawałek dalej - wymienny Targ Różności: książki, biżuteria, wieszaki z ubraniami i ogólne dawanie rzeczom drugiego życia.

I więcej nie powiem, bo musiałam się zawijać. Ale zdążyłam pocykać parę fotek. I przy okazji usłyszałam najlepszy komplement ostatniego miesiąca:
- Wiesz... Muszę Ci powiedzieć, że masz fajny obiektyw... :)

w ogórku dawali pocztówki z ogórkiem.
o, dokładnie w tym ogórku.
Targowisko (p)Różności :)
poszukiwania trwają.
...i trwają.


koło Jacka, Wacka i Pankracka nie mogłam przejść obojętnie.
na planie Starego ZOO można było zaznaczać ważne miejsca
i pomysły.
niebieskie na plus, różowe na minus.
sernik z kasztanów stał tuż obok.
kolejka po grochówkę.
przedstawienie o Królewnie Śnieżce, wiadomo.

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Pacyfikacja

Kiedy uczęszczałam na kurs fotografii, instruktorka sprzedała nam patent na fotografowanie przestrzeni miejskiej bez ludzi. Jest bardzo prosty: należy zdjęcia robić o 4 rano, kiedy na ulicy nie ma żywej duszy. Banał, no nie? :) Organoleptycznie zauważyłam ostatnio, że właściwie aż tak wysilać się nie trzeba. 15.30 w sobotę przy upale daje dokładnie takie same efekty. Żywego ducha na ulicy. To znaczy - prawie, bo na rogu Szamarzewskiego na przykład można się okazjonalnie natknąć na wulkan testosteronu w osobach dwóch młodych byczków w wyjściowym szeleście, którzy skaczą sobie do oczu. Jako i mi się przydarzyło.

- Czego się, kurwa, sadzisz? - spytał jeden, przywiązując zapobiegawczo do słupka skórzaną smycz, na końcu której pomerdywał radośnie ogonem pies marki bulterier.
(W sumie racja, to jakieś niehumanitarne: bić człowieka ze zwierzęciem w ręku.)
Oponent nie pozostał dłużny, więc od przepychanek słownych zaczęto przechodzić do manualnych. Ten bez bulteriera zamachnął się porządnie i już, już miał dodatkowo poprawić z kopyta, kiedy rozległo się gromkie:
-Stój!
Agresor wyhamował lecąca w powietrzu nogę i spojrzał na przeciwnika z wyrazem łagodnego zdziwienia na twarzy.
- No weź, poczekaj, tylko zegarek zdejmę, bo się może potłuc...

W tym momencie leniwą ciszę przerwało głośne parsknięcie śmiechu. Karczki lekko osłupiały i spojrzały w moją stronę, a ja uświadomiłam sobie, że odgłos paszczą należy do mnie.
Niedobrze. Święcie przekonana byłam, że robię go do środka, nie na zewnątrz.

Nie tracąc czasu na dalsze dywagacje, śpiesznie i zdecydowanie oddaliłam się na magnessowych szkitkach. Odwaga, żeby się odwrócić, wróciła mi dopiero po kilkudziesięciu metrach.
I co?
I to, że panowie rozeszli się, każdy w swoją stronę!

Ocaliłam ludzkość i pokój na świecie! :)

niedziela, 27 kwietnia 2014

Bez-Sens

Problem z bzem polega na tym, że kwitnie wiosną tylko przez chwilę, a zerwany i włożony do wazonu zdycha - zapewne w proteście przeciwko niewoli - po kilku godzinach. Kupowanie go na Rynku Jeżyckim jest więc najpospolitszym idiotyzmem i marnotrawieniem pieniędzy. Tylko, prawdę mówiąc, wiosną nie obchodzi to ani mnie, ani kopy innych ludzi. I gdzie to, słynne jak Polska długa i szeroka, poznańskie skąpstwo...?

Przechodziłam wczoraj radośnie o poranku przez Jeżyce, robiąc szybkie zakupy. Bukiety bzu napadły na mnie brutalnie i bez ostrzeżenia, z każdej strony. Taaak, wiem, że to polny krzak jest i pod osłoną nocy mogłabym oszabrować kwiaty z jakiegoś klombu. Nie umiem, wolę uprawiać bzowe paserstwo.
Skusiła mnie wyjątkowo dorodna wiązanka, po kupnie której zaklęłam się na wszystkie świętości niebieskie, że teraz to już tylko chyłkiem prosto do domu, bo - jak wiadomo - całe bogactwo Rynku zdecydowanie ma wpływ destrukcyjny na mój portfel. Świętości niebieskie siedzą i płaczą cichutko w kąciku, ponieważ na nic zaklęcia się zdały. Odwróciłam się tylko od straganu i moje bystre oko namierzyło wiaderko ze świeżo rozkwitniętymi konwaliami. Powiem wręcz, że w obliczu konwalii, autorytet świętości niebieskich roztrzaskał się głośno o bruk.

Zachęcona niską ceną (Pani, ulokowana mniej więcej w samym środku Rynku, układa bukieciki za jedynego piątaka!), ustawiłam się grzecznie w oczekiwaniu, targając na ramieniu już upolowaną kiść bzu. Nie minęła chwila, jak w okolicy wlasnego łokcia ze zdumieniem zauważyłam głowę jakiejś babci, ładującej nochal w chłodne, fioletowe pąki. Na moje pytające spojrzenie, odpowiedziała jedynie:
- Tak tylko chciałam zobaczyć, czy pachnie.
I poszła sobie dalej.

tak niewiele potrzeba do zrobienia wiosny.

Szybko ją zrozumiałam. Taśtając do domu ciężkie zakupy, co chwilę dokonywałam ewolucji ekwilibrystycznych, żeby zanurzyć własny z kolei nochal w każdym bukiecie na zmianę :) A jakiś czas temu koleżanka zapytała mnie troskliwie, czy z okazji wiosny to zawsze mi musi odbijać...

No to mówię, że musi. Zawsze :)

P.S. Aaaa...! Dobrym sposobem na bez jest zanurzenie na chwilę końcówek w wodzie o temperaturze ok. 90 stopni, przed włożeniem  do wazonu. Jestem zaskoczona, ale - póki co - działa!

piątek, 18 kwietnia 2014

Zając przykicał


jeśli kto chodzi Dąbrowskiego, to już to widział. i został ostrzeżony.

Zamiast umartwiać się z okazji Wielkiego Piątku, niniejszym pozwalam sobie złożyć wszystkim tu obecnym życzenia już teraz, póki nie wpadłam w świąteczny szał zajęczych prezentów, koszyczków wielkanocnych i pieczonej szynki mojej mamy. Rzecz jasna i gwoli ścisłości: tej zrobionej przez mamę, a nie tej, pochodzącej z górnej części maminego odnóża.

Drodzy wszyscy! Po pierwsze: wiosennych i słonecznych. Po drugie: spokojnych i wesołych. Po trzecie, najważniejsze: żebyście nie trafili na zepsute jajko, bo to nieprzyjemne :)

A pamiętacie śnieżną Wielkanoc w ubiegłym roku? Póki co nic na niebie i ziemi nie wskazuje powtórki z rozrywki, ale z dumą pragnę oznajmić, że jeżyckie sklepy są zawsze przygotowane na wszelką ewentualność :)

no bo co to właściwie za różnica...?

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Kim jesteś?

Jesteś LOKALSEM!

A przynajmniej jesteś nim, kiedy czujesz jakiś, choćby najmniejszy związek z Jeżycami i bierzesz udział w projekcie, organizowanym kolektywnie przez Galerię Miejską Arsenał i miejscowe organizacje: Animatornię i Jeżycką Fundację Senioralną.
Możesz też być po prostu mną, ale nie jest to znowu takie proste :)

Rzecz jasna, powyższe dotyczy lokalsowej grupy jeżyckiej. Poza nią projekt objął też mieszkańców Naramowic i ludzi związanych z Arsenałem. To tyle tytułem wstępu.

Tytułem wstępu bardziej szczegółowego, projekt dzieje się po raz pierwszy, trwać będzie cały rok, a ja się już zdążyłam nakręcić :) Ale - przyznajcie - jak ominąć taką okazję do spotkań, rozmów i integracji? Bo właśnie o to chodzi: o potrzebę wspólnego działania w pewnej przestrzeni i wspólnocie; o budowanie tożsamości. A że uda się jeszcze coś z tego stworzyć, to w ogóle sława, chwała i gloria w niebiesiech.

Projekt obejmuje kilka etapów - pierwszy to spotkania członków grup (a przyjść mógł - i chyba jeszcze może - każdy), prowadzone przez animatorów. Rozmawia się, zbiera historie, porównuje, integruje, zapoznaje, tworzy i wydobywa tożsamość i tak dalej. Po tym etapie następują spotkania z artystami, którzy pomogą przełożyć doświadczenia na język sztuki - czy to wizualnej, czy literackiej. Zwieńczeniem całej tej harówki będzie wystawa prac i późniejsza publikacja.

Plastycznie jestem dokładną odwrotnością Leonarda da Vinci, a mój Człowiek Witruwiański wygląda mniej więcej tak:

...
więc sami widzicie, że jest to jedyna w moim życiu szansa, żeby otrzeć się o organizację jakiejś wystawy :)

Pierwsze warsztaty już za nami. Miks jest dość niezwykły: trochę młodych dziewczyn, trochę seniorów. Pani Krystyna, mieszkająca na Jeżycach od kilkudziesięciu lat, która skoczyła całkiem niedawno na bungee. Pan Bogusław, znający na pamięć wiersz Przybosia. Zosia, posługująca się dwoma językami obcymi. Lubiąca zimę Malina. I dalsze, wspaniałe grono kilkunastu charakterystycznych osób.
Animatorki zachęciły grupę do integracji, rozmowy i poznawania się - po to, żeby potem zacząć dyskusję o Jeżycach, która za spotkań kilka posłuży do wyklucia się Sztuki. Jakie są najładniejsze ulice, a jakie najbardziej brudne? Kto nam się z Jeżycami kojarzy (mi oczywiście Peja, który wszak - jak zostało to pięknie podsumowane - "śpiewa rapa") i co dla nas znaczy ta dzielnica?  Jak pachnie ta dzielnica (akacje), jak smakuje (lody z Kościelnej) i gdzie można odpocząć (w Starym ZOO)? A wszystko przeplatane historyjkami i sporem, czy Sołacz to jeszcze Jeżyce i jak właściwie zaklasyfikować pod tym kątem Ogród Botaniczny. Co do Rusałki jakoś dziwnie nikt nie miał wątpliwości. Tylko Pani Władzia, opowiadając o zwyczajowych spacerach nad jezioro z koleżanką, stwierdziła z zaskoczeniem:
- Myśmy w tym roku nie zaliczyły ani razu Rusałki na lodzie...!

A teraz przyznać się, drogie dzieci. Kto usłyszał tę "Rusałkę" małą literą? :)

niedziela, 6 kwietnia 2014

Inwestycja

Robienie zakupów w niedzielę wieczorem w jeżyckich Żabkach trochę przypomina loterię. To znaczy - nigdy nie wiesz, na co akurat możesz trafić. Wiadomo na co na pewno nie możesz: na świeże bułki. Mnie to w sumie nie zdziwiło, ale sama słyszałam, jak się jednemu panu smutno zrobiło, że będzie musiał rano przykopytkować. Naiwniak.

Najedzony czy nie, refleksem pan wykazał się znacznie lepszym i zgrabnie wyprzedził mnie w kolejce do płacenia. Nie rozpłakałam się, nie rozdarłam szat, nie rzuciłam na niego śmiercionośnej klątwy. Stanęłam w ogonku grzecznie i w pokorze przegranego. Stoję, gapię się w sufit, słyszę miauczenie, kontempluję towar przy kasie ze szczególnym uwzględnieniem czegoś czekolad...
Czekaj, co?
Słyszę miauczenie?!

Ano tak.
Słyszałam i ja i pan, co uspokoiło kiełkujące obawy czy z moim słuchem wszystko aby gra. Zawstydzona ekspedientka przyznała się, że tak, owszem, trzyma pod ladą kota. I że w ogóle ma trzy inne w domu i psa jeszcze. I że jednego kota chowała od małego, ale zdechł. Paaaanie, co to był za lament. Koleś odparł na to, że super, że kot pod ladą, bo on też jest kociarz i ma kota w domu i że w ogóle...
(Nie, no jasne, rozprawiajcie sobie radośnie o sierściuchach, ja tu postoję i poczekam, aż mi ręce zemdleją, w ogóle udawajmy, że mnie tu NIE MA, że jestem jakąś anomalią w atmosferze, pewnie.)
Facet zdecydował się zapłacić (NO WRESZCIE!) i już miał odchodzić, kiedy wpadło mu do głowy, że wszystkich zakupów to do rąsi nie zmieści. Za mało kończyn, za dużo piw. Cofnął się więc po siateczkę z pytaniem czy płatna, bo on nabędzie, za pieniądze.
Sprzedawczyni była jednak widocznie w stu procentach kupiona, bo z taką szorstką sympatią odpowiedziała tylko:
- A masz pan za darmo... Za tego kota.

No to ja niniejszym oświadczam wszem i wobec, że prawie miałam kota. Kiedyś, o mały włos.
Czy za to przysługuje jakiś gratis?

środa, 2 kwietnia 2014

Telefon z aparatem

Idę na łatwiznę. Ale za to mam dużo usprawiedliwień.

Mimo, że mam więcej czasu (drugi tydzień zwolnienia lekarskiego), to jednak ciężko mi się myśli (drugi tydzień zwolnienia lekarskiego). Ciężko mi się też pisze, albowiem coś mi wpadło pod spację. Podejrzewam, z dużym prawdopodobieństwem, że wpadło stosunkowo dawno, a to, co przeszkadza mi pisać dzisiaj, to już wyższa forma ewolucyjna. W każdym razie jest silna i dzielnie walczy z uciskiem :)
No i trzecie - dawno nie było żadnych zdjęć. Nie, żeby to poniżej zasługiwało na to szlachetne miano. Chcę po prostu pokazać, dlaczego nauczyłam się zawsze mieć przy sobie komórkę :)

tu byliśmy. mama, tata i dziecko.
a nie taniej było kupić litra od razu?
a pomyśleć, że kiedyś mafia podkładała
tylko zgniłe ryby...
kto zna jakiegoś sudenta?
o copy sprzedawcy miodu już wspominałam.
wzrusza jak zawsze.
twórczość moich własnych sąsiadów.
nie, nie jestem adresatem :)
smutne na koniec.
taki napis pojawił się na jednym z budynków
przy Dąbrowskiego. czy napisał to przestraszony
sąsiad czy przestraszony członek rodziny?

wtorek, 25 marca 2014

Mowa ciała

Spoko.
Jestem, żyję, nie umarłam. To znaczy do tego ostatniego to mam teraz całkiem blisko za sprawą wyjątkowo uroczego wirusa (na pewno ma macki, czuję to). Lekarz zaserwował mi przymusowe zwolnienie lekarskie, znane jednakowoż pod kryptonimem: "Wreszcie Będziesz Mieć Czas Napisać Coś na Blogu". Pociągając więc nosem, z gardłem, z którego nie wydobywa się żaden dźwięk - piszę! Co prawda klawisze przyciskam głównie siłą woli i bardzo pojedynczo, ale wielkość zawsze rodzi sie w bólach. Co też z pokorą przyjmuję :)

Mój marcowy brak czasu związany jest pośrednio z faktem, że jakiś czas temu strzeliło mi do głowy, aby trochę się jeszcze podokształcać. Dokształcanie ma to do siebie, że zawsze kończy się w poniedziałki po 21, pomiędzy jednym tramwajem a drugim. Stoję wówczas jak kupka nieszczęścia na przystanku i usilnie wpatruję się w ten punkt przestrzeni, z którego nadjechać ma wehikuł MPK, wierząc głęboko, że tym go przywołam.
Właściwie to, jak się głębiej zastanowić, zawsze przyjeżdża. Prędzej czy później.
A więc daje to jeszcze większą wiarę w moje supermoce :)

Nie dalej jak dwa tygodnie temu, oczekując na tramwaj, namierzyłam na przystanku młodego chłopaka, nagabywanego przyjaźnie przez pewnego kolesia w stanie wskazującym. Oczywiście - prawie oplułam się z ciekawości. Zwinnym, prawie niedostrzegalnym ruchem wyjęłam słuchawki z uszu i od niechcenia zaczęłam powoli, ale skutecznie kierować się na cel, podkręcając jednocześnie czułość wyłapywania fal dzwiękowych do oporu. Niestety, rozmowa toczona była zbyt konfidencjonalnym szeptem - wyłapałam tylko słowa "kobieta" i "życie". I o ile mnie intuicja nie myli, rzecz nie dotyczyła popularnych, kobiecych czasopism.

Niepocieszona wczłapałam do tramwaju, przeklinając pod nosem postępującą głuchotę (nie noście słuchawek dokanałowych, bo też tak skończycie!). Niespodziwanie jednak, los okazał się dla mnie łaskawy! Wstawiony nagabywacz z przystanku porzucił bowiem w pewnym momencie swą ofiarę i powodowany znanym tylko sobie impulsem. stanął w pozie proroczej. W obie swe dłonie chwycił tramwajowe rurki i donośnym głosem zapytał:
- Kto z Państwa ma dosyć sztuczności w życiu?

Nie udało mi się powstrzymać uśmiechu, zwłaszcza, że naprzeciwko mnie kielczył się już chłopak z przystanku. Spróbowałam ruchem ninja ukryć mordkę w szalu, ale było za późno. Trajektoria usmiechu lekko skręciła, zrykoszetowała i efektem jej był Prorok, moszczący się na siedzeniu naprzeciwko mnie.
- Pani się uśmiechnęła. Ma Pani piękny uśmiech, taka szczera kobieta. Rzadko takie spotykam.
- Ale kogo? Szczere kobiety?
- Nawet nie. Szczere uśmiechy u szczerych ludzi. Dziękuję!

Ależ proszę bardzo! Wychodzi na to, że w moim życiu nie ma sztuczności.
A przynajmniej szczerzę się szczerze :)

sobota, 1 marca 2014

Na pieska

Szłam przed chwilą przez miasto.
Nie, tfu, stop, jeszcze raz. Od początku.

Szłam przed chwilą przez Jeżyce. Słońce pali aż miło - pilnujcie się jednakże w cieniu, bo przewiewa nerki. Jak co sobotę, ulice okupowane są przez tłum konsumentów.

Z owego tłumu moje wprawne oko wyłowiło babcię z wnuczkiem, która nie podążała bynajmniej chodnikiem, jak Pan Bóg przykazał, tylko zmieniła trajektorię swojego dreptu na przyuliczny pas zieleni. Ciągnąc za sobą potykające się pacholę.
Uszu mych dobiegło polecenie:
- No tu ukucnij, pod drzewkiem. Zdejmij spodenki i zrób kupkę. Przecież wiesz jak. Tak jak piesek robi.

...
O tempora, o mores!