Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dąbrowskiego. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dąbrowskiego. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 kwietnia 2015

Cogito ergo cośtam

Kilka razy zadano mi już pytanie - czy to wszystko, co piszę, jest najprawdziwszą prawdą czy też fikcją literacką. Zdaję sobie sprawę z tego, że tak całkowicie normalna nie jestem oraz tego, że wyobraźnię mam bujną co najmniej jakbym była dzieckiem Ani z Zielonego Wzgórza w ostatnim stadium mitomanii i któregoś z braci Grimm (być może obu), aaale nie. To wszystko prawda, choć czasami chyba wolelibyśmy, żeby to jednak był wytwór mojej fantazji.
Na przykład teraz.

Trafiłam ostatnio w tramwaju na dwójkę nastolatków, wracających według wszelkiego prawdopodobieństwa z IKEA. Młodzież płci obojga przycupnęła sobie w tramwajowym odwłoku przy oknie i oddała się żywej konwersacji. O mnie można było tego dnia powiedzieć, że jestem co najwyżej półżywa, co dobitnie dowodzi, że wcale nie podsłuchiwałam specjalnie! Pełzające ruchy reszty zawartości tramwaju ustawiły mnie akurat w tamtym kierunku. Zupełny przypadek, słowo harcerza!

Młodzież była jeszcze ucząca się, co wydedukowałam zgrabnie z tematyki rozmowy. Mianowicie - rzecz była o lekturze szkolnej. Jakżeż ciekawe musiało być owo dzieło, skoro dziewczę posunęło się do stwierdzenia:
- No, podobała mi się ta książka. Generalnie to podobała mi się tak bardzo, że przeczytałam całe streszczenie, a miało aż 50 stron!

Aż się ożywiłam. Byłam nawet bliska tego, żeby podpytać o tytuł woluminu, bo kto wie? Pewnie straciłam w życiu niejedno świetne streszczenie...! Tajemnica ta przepadła jednak na wieki, albowiem w tym właśnie momencie zostałam zaskoczona tak głęboką myślą, że gdybym miała na czym, to z pewnością przysiadłabym z wrażenia:
- Ja się nie będę w ogóle uczyć o tych wszystkich filozofach. - ciągnęło dziewczę niezrażone - No bo zobacz, jak ich poznam, to będę się potem sugerować. A skąd wtedy będę wiedziała, kiedy sama coś mądrego wymyślę...?

Fakt. To Ci by było zaskoczenie...



[P.S. Nigdy w życiu nie byłam harcerzem ;)]

środa, 4 marca 2015

W dzień handlowy

Jedno popołudnie.
Dwie godziny spaceru.
Tak wiele radości.

 Przed Wami wieści handlowe prosto z jeżyckich ulic!

sok z parówek z mięsem gęsim - mniam!
jeśli mam być szczera, to zimy nawet za darmo nie chcę.
rymy tworzymy. 
no i niech ktoś powie, że to nie jest promocyjny strzał w dziesiątkę!

A na sam koniec...

...jesteście w ukrytej kamerze :)

piątek, 16 stycznia 2015

Syn marnotrawny

Zanim zacznę historię właściwą - dygresja: nie uważacie, że w tramwaju powinna być specjalna strefa dla tych, którzy czytają książki? Jakaś ławeczka, podpórki, cokolwiek. Miałam ostatnio do czynienia z jednym książkowym cyklem i pochłonął mnie on do tego stopnia, że zaczęłam czytać w tramwaju - i to mimo choroby lokomocyjnej.
Nie, to nie Harlequiny.

W każdym razie uwiesiłam się wówczas jedną ręką na trzymadełku przy szybie, książkę oparłam drugą na najbliższym oparciu i - równoważąc kołysanie tramwaju umiejętnym balansowaniem wypełnioną torbą - jechałam sobie w najlepsze do pracy. W rzędzie siedzisk, przy którym stałam, siedzieli natomiast kolejno: dziecko, mama i drugie dziecko, płci męskiej, zwane Dominikiem. Dziecko owo zabawiało się w czasie jazdy grzebaniem w nosie i rozmazywaniem znalezisk na szybie. Słodziak.

Dramat zaczął się w momencie, w którym rzeczony Dominik (lat ze cztery na oko, ubogi zasób słownictwa, ograniczający się do "alo" [telefon komórkowy - przyp. tłum.] i "mama" [mama - przyp. tłum]) postanowił stać na siedzeniu, a jego rodzicielka absolutnie się temu sprzeciwiła. Dzieciak najpierw matkę uszczypnął, a kiedy powiedziała mu, że boli - plunął jej prosto w twarz.

Zatkało mnie.
Nie wyobrażam sobie nawet, jak przykro i wstyd musiało być tej kobiecie. Nastąpiła seria krzyków, z której widzowie dowiedzieli się, że Dominik ma zakaz na telewizję i zabawki. W małolacie ruszyło się chyba w końcu sumienie i nieśmiało spróbował nawiązać kontakt, wołając mamę. W odpowiedzi usłyszał:
- Od dzisiaj nie masz  już mamy!

A mnie zatkało po raz drugi.

piątek, 18 kwietnia 2014

Zając przykicał


jeśli kto chodzi Dąbrowskiego, to już to widział. i został ostrzeżony.

Zamiast umartwiać się z okazji Wielkiego Piątku, niniejszym pozwalam sobie złożyć wszystkim tu obecnym życzenia już teraz, póki nie wpadłam w świąteczny szał zajęczych prezentów, koszyczków wielkanocnych i pieczonej szynki mojej mamy. Rzecz jasna i gwoli ścisłości: tej zrobionej przez mamę, a nie tej, pochodzącej z górnej części maminego odnóża.

Drodzy wszyscy! Po pierwsze: wiosennych i słonecznych. Po drugie: spokojnych i wesołych. Po trzecie, najważniejsze: żebyście nie trafili na zepsute jajko, bo to nieprzyjemne :)

A pamiętacie śnieżną Wielkanoc w ubiegłym roku? Póki co nic na niebie i ziemi nie wskazuje powtórki z rozrywki, ale z dumą pragnę oznajmić, że jeżyckie sklepy są zawsze przygotowane na wszelką ewentualność :)

no bo co to właściwie za różnica...?

niedziela, 6 kwietnia 2014

Inwestycja

Robienie zakupów w niedzielę wieczorem w jeżyckich Żabkach trochę przypomina loterię. To znaczy - nigdy nie wiesz, na co akurat możesz trafić. Wiadomo na co na pewno nie możesz: na świeże bułki. Mnie to w sumie nie zdziwiło, ale sama słyszałam, jak się jednemu panu smutno zrobiło, że będzie musiał rano przykopytkować. Naiwniak.

Najedzony czy nie, refleksem pan wykazał się znacznie lepszym i zgrabnie wyprzedził mnie w kolejce do płacenia. Nie rozpłakałam się, nie rozdarłam szat, nie rzuciłam na niego śmiercionośnej klątwy. Stanęłam w ogonku grzecznie i w pokorze przegranego. Stoję, gapię się w sufit, słyszę miauczenie, kontempluję towar przy kasie ze szczególnym uwzględnieniem czegoś czekolad...
Czekaj, co?
Słyszę miauczenie?!

Ano tak.
Słyszałam i ja i pan, co uspokoiło kiełkujące obawy czy z moim słuchem wszystko aby gra. Zawstydzona ekspedientka przyznała się, że tak, owszem, trzyma pod ladą kota. I że w ogóle ma trzy inne w domu i psa jeszcze. I że jednego kota chowała od małego, ale zdechł. Paaaanie, co to był za lament. Koleś odparł na to, że super, że kot pod ladą, bo on też jest kociarz i ma kota w domu i że w ogóle...
(Nie, no jasne, rozprawiajcie sobie radośnie o sierściuchach, ja tu postoję i poczekam, aż mi ręce zemdleją, w ogóle udawajmy, że mnie tu NIE MA, że jestem jakąś anomalią w atmosferze, pewnie.)
Facet zdecydował się zapłacić (NO WRESZCIE!) i już miał odchodzić, kiedy wpadło mu do głowy, że wszystkich zakupów to do rąsi nie zmieści. Za mało kończyn, za dużo piw. Cofnął się więc po siateczkę z pytaniem czy płatna, bo on nabędzie, za pieniądze.
Sprzedawczyni była jednak widocznie w stu procentach kupiona, bo z taką szorstką sympatią odpowiedziała tylko:
- A masz pan za darmo... Za tego kota.

No to ja niniejszym oświadczam wszem i wobec, że prawie miałam kota. Kiedyś, o mały włos.
Czy za to przysługuje jakiś gratis?

środa, 2 kwietnia 2014

Telefon z aparatem

Idę na łatwiznę. Ale za to mam dużo usprawiedliwień.

Mimo, że mam więcej czasu (drugi tydzień zwolnienia lekarskiego), to jednak ciężko mi się myśli (drugi tydzień zwolnienia lekarskiego). Ciężko mi się też pisze, albowiem coś mi wpadło pod spację. Podejrzewam, z dużym prawdopodobieństwem, że wpadło stosunkowo dawno, a to, co przeszkadza mi pisać dzisiaj, to już wyższa forma ewolucyjna. W każdym razie jest silna i dzielnie walczy z uciskiem :)
No i trzecie - dawno nie było żadnych zdjęć. Nie, żeby to poniżej zasługiwało na to szlachetne miano. Chcę po prostu pokazać, dlaczego nauczyłam się zawsze mieć przy sobie komórkę :)

tu byliśmy. mama, tata i dziecko.
a nie taniej było kupić litra od razu?
a pomyśleć, że kiedyś mafia podkładała
tylko zgniłe ryby...
kto zna jakiegoś sudenta?
o copy sprzedawcy miodu już wspominałam.
wzrusza jak zawsze.
twórczość moich własnych sąsiadów.
nie, nie jestem adresatem :)
smutne na koniec.
taki napis pojawił się na jednym z budynków
przy Dąbrowskiego. czy napisał to przestraszony
sąsiad czy przestraszony członek rodziny?

wtorek, 25 marca 2014

Mowa ciała

Spoko.
Jestem, żyję, nie umarłam. To znaczy do tego ostatniego to mam teraz całkiem blisko za sprawą wyjątkowo uroczego wirusa (na pewno ma macki, czuję to). Lekarz zaserwował mi przymusowe zwolnienie lekarskie, znane jednakowoż pod kryptonimem: "Wreszcie Będziesz Mieć Czas Napisać Coś na Blogu". Pociągając więc nosem, z gardłem, z którego nie wydobywa się żaden dźwięk - piszę! Co prawda klawisze przyciskam głównie siłą woli i bardzo pojedynczo, ale wielkość zawsze rodzi sie w bólach. Co też z pokorą przyjmuję :)

Mój marcowy brak czasu związany jest pośrednio z faktem, że jakiś czas temu strzeliło mi do głowy, aby trochę się jeszcze podokształcać. Dokształcanie ma to do siebie, że zawsze kończy się w poniedziałki po 21, pomiędzy jednym tramwajem a drugim. Stoję wówczas jak kupka nieszczęścia na przystanku i usilnie wpatruję się w ten punkt przestrzeni, z którego nadjechać ma wehikuł MPK, wierząc głęboko, że tym go przywołam.
Właściwie to, jak się głębiej zastanowić, zawsze przyjeżdża. Prędzej czy później.
A więc daje to jeszcze większą wiarę w moje supermoce :)

Nie dalej jak dwa tygodnie temu, oczekując na tramwaj, namierzyłam na przystanku młodego chłopaka, nagabywanego przyjaźnie przez pewnego kolesia w stanie wskazującym. Oczywiście - prawie oplułam się z ciekawości. Zwinnym, prawie niedostrzegalnym ruchem wyjęłam słuchawki z uszu i od niechcenia zaczęłam powoli, ale skutecznie kierować się na cel, podkręcając jednocześnie czułość wyłapywania fal dzwiękowych do oporu. Niestety, rozmowa toczona była zbyt konfidencjonalnym szeptem - wyłapałam tylko słowa "kobieta" i "życie". I o ile mnie intuicja nie myli, rzecz nie dotyczyła popularnych, kobiecych czasopism.

Niepocieszona wczłapałam do tramwaju, przeklinając pod nosem postępującą głuchotę (nie noście słuchawek dokanałowych, bo też tak skończycie!). Niespodziwanie jednak, los okazał się dla mnie łaskawy! Wstawiony nagabywacz z przystanku porzucił bowiem w pewnym momencie swą ofiarę i powodowany znanym tylko sobie impulsem. stanął w pozie proroczej. W obie swe dłonie chwycił tramwajowe rurki i donośnym głosem zapytał:
- Kto z Państwa ma dosyć sztuczności w życiu?

Nie udało mi się powstrzymać uśmiechu, zwłaszcza, że naprzeciwko mnie kielczył się już chłopak z przystanku. Spróbowałam ruchem ninja ukryć mordkę w szalu, ale było za późno. Trajektoria usmiechu lekko skręciła, zrykoszetowała i efektem jej był Prorok, moszczący się na siedzeniu naprzeciwko mnie.
- Pani się uśmiechnęła. Ma Pani piękny uśmiech, taka szczera kobieta. Rzadko takie spotykam.
- Ale kogo? Szczere kobiety?
- Nawet nie. Szczere uśmiechy u szczerych ludzi. Dziękuję!

Ależ proszę bardzo! Wychodzi na to, że w moim życiu nie ma sztuczności.
A przynajmniej szczerzę się szczerze :)

środa, 12 lutego 2014

Szycie na miarę

Ostatnią sobotę spędziłam pracowicie, wędrując z aparatem i udając, że mamy wiosnę. Zero w tym odkrywczości, bo mniej więcej rok temu, mniej więcej o tej porze robiłam mniej więcej to samo.
Jak się zacznę powtarzać, to niech ktoś mi to powie. Serio.

Z rzeczy niezwykłych: pierwszy raz spotkało mnie na Rynku coś nieprzyjemnego. Mój aparat i wzniosłe ciągoty do namiętnego oddawania się subtelnej dziedzinie sztuki, jaką jest fotografia, wybitnie przeszkadzały pewnemu panu. Pan w wersji standard: wiek 30+, pantofle skórkowe czarne i przydziałowe dziecko w wózeczku. Objechał mnie dość wrzaskliwie od góry do dołu i z powrotem za to, że nie pytam ludzi, czy mogę im robić zdjęcia i że on kategorycznie i natychmiastowo żąda pokazania i usunięcia, bo na pewno gdzieś go w kadrze uchwyciłam. Przyznam, że zaskoczył mnie do tego stopnia, że wydukałam jedynie: "Panie, ale ja nie robię zdjęć ludziom...". Pokazałam, co miałam, albowiem jestem miła i sympatyczna oraz dla świętego spokoju duszy pana, który obawiał się pewnie, że jego facjatę wykorzystam w niecnych celach, żeby skompromitować całą jego rodzinę.
Uściślę: facjaty na zdjęciu widać nie było. Widać było Rynek w bardzo dużej ogólności.

A na przyszłość - gdyby wszyscy mieli kiedyś zajęcia z prawa autorskiego z Mistrzem Sobczakiem, to by wiedzieli, że ludzi jako elementu krajobrazu ochrona wizerunku nie obejmuje i mogę sobie cykać zdjęcia do woli. Bądź też awarii migawki.

Zmyto mi uszy po całości, ale nie był to koniec świata. Sięgnęłam po ukryte głęboko (na czarną godzinę) pokłady ogólnej miłości do rodzaju ludzkiego i powędrowałam dalej. Niby taki zwykły spacer bez celu, a - nie wiedzieć, dlaczego - nogi same mnie prowadziły co i rusz do sklepów z ciuchami :) Tu i ówdzie zdecydowałam się nawet coś przymierzyć...
...I zdążyłam się tylko ubrać na powrót we własne szmaty, kiedy przesłonka z boku przymierzalni została brutalnie szarpnięta i do MOJEJ kabiny, przed MOJE lustro wpakowała się kobitka o wzroście hobbita, dość słusznych gabarytów. I dalejże się wyginać i oglądać. W obliczu tej impertynencji autentycznie zaniemówiłam - a to już naprawdę zjawisko nadnaturalne i w przyrodzie występujące równie często, co skrzyżowanie rzek czy wiewiórka-albinos.

- Jak Pani myśli, czy ja w tym mogę iść na wesele...? - Pani obleczona była w fioletową szatę, spływającą malowniczo u jej stóp.
- ...?!?!?!? eee...
- Bo się zastanawiam, czy to się nada na wesele. Jakbym tylko tu przycięła tak trochę za kolana, tu zwężyła, to chyba by dobrze pasowało? A jakbym tu jeszcze obcięła i tu założyła, to by mi może i na rękawy wystarczyło...? To co, nada się?

Hmm... Idąc dalej tym tokiem rozumowania, to nadałoby się w końcu nawet na bikini ;)

czwartek, 9 stycznia 2014

Gabinet osobliwości

Spacerując po Jeżycach można się czasami poczuć niczym szpieg z Krainy Deszczowców (karramba!) na misji zleconej przez Największego Deszczowca. Niczym Marco Polo, który pierwszy raz przemierzał Państwo Środka. Niczym poszukiwacz... no, może nie od razu ZŁOTA, ale z całą pewnością rudy jakiegoś solidnego, użytecznego metalu. Trzeba jedynie dobrze się przyjrzeć, aby na murach znaleźć wspaniałe przejawy Sztuki (co prawda przypominające bardziej malowidła z Lascaux niż freski mistrza Leonardo, ale hej - w różnorodności tkwi piękno!) czy przykłady niebanalnych aranżacji przy użyciu pozornie zwykłych przedmiotów. Wiem co mówię. Wystarczyły dwie godziny spaceru, aby utwierdzić się w przekonaniu, że wyobraźni to tutaj z całą pewnością nie brakuje :)
 
sklejamy pęknięte mury?
alarm! obcy w kratce wentylacyjnej!
rura opatulona na zimę.
ptak ma w kuprze sesję zdjęciową.
dialogi. Jeżyce.
obstawiam naukę do sesji.
przygarnij ps.. lw.. zwierzę.
ktoś pomylił z choinką?
spożywania produktów bezalkoholowych nie przewiduje się.
Uliczna Instalacja z Kanapą.
ekskluzywne cegły. markowe.
...rodzaj ostrzeżenia?
Prosiaczku, wiejemy. tam jest świat!

środa, 1 stycznia 2014

Yippee-ki-yay, 2013!

W razie, jakbyście jeszcze byli wczorajsi, to uprzejmie podpowiadam, że dziś pierwszy dzień Nowego Roku. Znany także pod kryptonimem hiperniedziela (bez względu na rzeczywisty dzień tygodnia). Pierwszy stycznia to absolutna esencja i kumulacja zwyczajowego, cotygodniowego niedzielnego lenistwa, obżarstwa i zalegania na kanapie w marazmie oraz kompletnej pustki w ludziach na ulicy. Chociaż dzień wstał słoneczny i ciepły, jak na grudzień. Tfu, styczeń! Styczeń przecież.
Stawiam którąś z moich kończyn, że co najmniej przez miesiąc, pisząc datę, będę się mylić.

Imieniny Sylwestra odbyły się po raz kolejny bez żadnego Sylwestra w zasięgu wzroku, ale za to znowu we własnej norce z Jeżycami za oknem. A o północy - chodu na ulicę! Szczęśliwy ten Sylwester, że się tylu ludzi cieszy jego imieninami, chociaż wydaje mi się, że rok temu jakoś tej wiary więcej było. Na początku to się nawet przestraszyłam, ze wszyscy w domu zostali słuchać Polsatu. No ale nie. Powoli, z mozołem, jak żółw ociężale, Szamarzewo zaczęło się zapełniać.

Polna w stronę Bukowskiej.
Polna w stronę Dąbrowskiego.
Szamarzewskiego w stronę Przybyszewskiego.
a Szamarzewskiego w stronę Kraszewskiego
musiało się wyróżnić...
dwa to tradycja, w związku z tym:
tradycyjne zdjęcie znad Patimaksu :)
wzięło i wybuchło.
jak światełka choinkowe :)
ciekawe czy narzekają na to, że ludzie nie
mają w kryzysie na co pieniędzy wydawać.
obstawiam, że tak.
pan z jeszcze-dymiącą różdżką.
Dumbledore incognito? :)
za czym kolejk... a no tak.
Dobrze było znowu przejść się o północy po fyrtlu i chłonąć tę atmosferę jedności i zbratania, która pojawia się w narodzie przy okazji śmierci różnych ważnych ludzi czy zdobycia majstra przez Kolejorza. Jakoś tak nagle wszyscy znajdują powód do świętowania, wyrażają zaskakującą gotowość do dzielenia się alkoholem, strzelają ludziom fajerwerkami w okna... Serio, ciekawa jestem, komu wpadł w nocy do domu jakiś piorun kulisty i spalił firanki. Przy gęstej, kamienicznej zabudowie to wygląda naprawdę niebezpiecznie.

Wraz z przyjaciółmi wymienialiśmy się wczoraj życzeniami z przedstawicielami rozmaitych grup społecznych. Była młodzież, byli - zdradzający braki w uzębieniu - typowi tubylcy, były karczki w spodenkach do łydki. Reprezentant tych ostatnich uruchomił zresztą we mnie pokłady rozczulenia i współczucia, przemieszane z wybuchem śmiechu wewnątrz i na zewnątrz mojej skromnej osoby. Na nasze serdeczne pozdrowienie i życzenia, karczek odpowiedział:
- Wzajemnie, wzajemnie, Szczęśliwego Nowego... - urwał, zamilkł, po czym spytał retorycznie i z wyraźnym rozczarowaniem:
- No i komu ja dzisiaj wpierdol spuszczę...?

W obliczu tego bolesnego dramatu aż chce się wyrazić nadzieję, że może kogoś ostatecznie udało się znaleźć ;)

piątek, 22 listopada 2013

Karta pacjenta

Pytanie: co może sprawić, że Google Maps się zawiesi?
Odpowiedź: wpisanie w wyszukiwarkę frazy "Żabka" :)

To oczywiście zamierzona hiperbola w formie suchara, ale płazy rzeczywiście namnożyły się niczym biedronki :) Ich trudna do przecenienia rola w ekosystemie polega na tym, że są często ośrodkami pierwszej pomocy w przypadku nagłego wybuchu nieplanowanej imprezy. Na Jeżycach zdecydowanie nie da się nie zauważyć Żabki.
Albo piętnastu innych w sąsiedztwie.

Jak się okazuje, w tym sklepie można znaleźć nie tylko piwo i chipsy czy usłyszeć legendarne: "Czy zbiera Pani naklejki?". Ja natknęłam się na przykład świetnego copywritingu. Chwytającego za serce. Sugestywnego. Odwołującego się do ludzkiego zrozumienia i współczucia.

szykuje się operacja na otwartej lodówce!
No cóż. Każdemu może się zdarzyć, że sprzęt nie daje rady :)

niedziela, 13 października 2013

Tajemniczy Ogród

Moja mama na pewno podsumowałaby mój weekend stwierdzeniem, że nic konstruktywnego nie robię, tylko szlifuję bruki. Dużo się nie pomyliła. Tak się bowiem złożyło, że na sobotę i niedzielę przypadły dwa, osobne i niezależne, spacery po Jeżycach. O wczorajszej inicjatywie PoPoznaniu.pl możecie przeczytać w poprzednim poście. Dziś będzie o inicjatywie miejskiej.

Na początku pragnę złożyć głębokie ukłony i szacunek Pani przewodnik (lub, dla feminizujących - przewodniczce), która z niezwykła sympatią i uśmiechem ogarnęła blisko setkę ludzi, tak, że nikt się nie pogubił i nie pozabijał. Tym z Was, którzy odczuwają przesyt Jeżycami, powiem: bujajcie się! :) Nie, żartuję, To co powiem naprawdę, to to, że zwiedzanie odbywa się też na Śródce i Chwaliszewie, czyli w miejscach poddanych programowi rewitalizacji - zarówno w odmianie "twardej", jak i "miękkiej" - przez zmienianie świadomości mieszkańców. Jakby ktoś miał ochotę, to - sądząc po klasie dzisiejszej przewodniczki - warto. Śródka za dwa tygodnie, potem akcja pauzuje na zimę. Prawdopodobnym jest, że wróci.

Nie mam dziś w planach referatu z historii dzielnicy i miasta. Są zresztą mądrzejsi ode mnie w temacie. Faktami historycznymi nie będę Was zanudzać, bo nawet nie zdołałam wszystkiego zapamiętać. Dwa spacery w ciągu dwóch dni, miliony dat i na bieżąco układanie w głowie niniejszej wypowiedzi - no czyj mózg to wytrzyma? Wrócę do tego kiedyś, ale w rozsądnych dawkach.

Na początek przydałoby się info, że nazwa "Jeżyce" pochodzi od niejakiego Jeża lub Jerzego, właściciela wsi. Zaczyna się ona przewijać w historycznych dokumentach już od połowy XIII wieku. Historii Bambrów na tym spacerze nie było prawie wcale - było natomiast znacznie więcej o Starym ZOO.
No właśnie. Jako, że mogę się tam wybrać zawsze, nie wybrałam się tam oczywiście jeszcze nigdy. Nie urodziłam się w Poznaniu, więc ominęło mnie obowiązkowe zdjęcie na wilku, które ma każdy. Nie znam słonicy Kingi. Natomiast dzisiaj to miejsce mnie zachwyciło. Stare ZOO wygląda dokładnie tak, jak stare ZOO wyglądać powinno. Jest małe, porośnięte bluszczem... W mglistym, październikowym poranku wyglądało dość niesamowicie. Zwierzęta beczały, dzieci próbowały je naśladować, a z ulicy dobiegały odgłosy kibiców poznańskiego maratonu :) Nie przeszkodziło mi to szczególnie w odbiorze. Zaczynam kombinować, czy nie wziąć aby urlopu tylko po to, żeby tam się zgubić w ciągu dnia, dopóki jeszcze drzewa nie są do cna ogołocone. Drogie liście, dajcie mi jeszcze moment!

Stare ZOO to najstarszy działający bez przerwy
ogród zoologiczny w Polsce
 
wszystko zaczęło się w 1871 roku z okazji 50. urodzin
właściciela przydworcowej restauracji. dostał
od znajomych w prezencie małą menażerię.

wspomnienie po niedźwiedziach.
Istnieje miejska legenda, związana ze Starym ZOO. Ponoć utrzymuje się je tylko dlatego, że pod jego zabudowaniami egzystuje niebotyczna wręcz liczbowo kolonia szczurów. Lepiej już je tak trzymać, niż gdyby miały rozleźć się po mieście. Prawdy nie zna pewnie nikt. Ale jeśli nie dla szczurów, to ja serdecznie poproszę, żeby nikt nigdy Starego ZOO nie likwidował. Dla mnie.

smutny Pan Małpa. czy tam Pani.

a na obrazku wygląda na wesołego.

Grupa zwiedzających była bardzo ciepła i pozytywnie nastawiona. Starsze panie z charakterystycznym poznańskim zaśpiewem rozprawiały o wspomnieniach, które łączą je z tymi miejscami. Rodzice tłumaczyli dzieciom, dlaczego ulica Zwierzyniecka nosi taka nazwę i co znajduje się za murem. Oczywiście, jak w każdym tłumie, tak i w tym znalazła się perełka :)
Pani niezadowolona otrzymała w mojej głowie miano Pani Halinki. Wyobraźcie sobie, jak takim typowym, urzędniczo-okienkowym i pretensjonalno-znudzonym tonem wykłóca się: "Ale Pani za cicho mówi! Ja nie wiem, to w końcu ta pierzeja czy tamta?! Bo Pani mówi, że ta, ale oni pokazują, że tamta, to która w końcu?! No nic nie słychać!". Nie wiedząc, gdzie oczy podziać, wymieniłam tylko ze stojącym obok starszym Panem porozumiewawcze uśmiechy. Pan zresztą przesympatyczny, porozmawiał ze mną chwilę o nierównych chodnikach, jeżyckich kościołach i podał rękę przy schodzeniu z  murku, tłumacząc, że "Wychowała go babcia, a ona zawsze kazała pomagać kobiecie przez podawanie ręki". Jak wspomniała Pani Halinka, problemy ze słyszalnością były rzeczywiście, ale trudno, żeby było inaczej przy tak dużej grupie. Parsknęłam śmiechem, kiedy kolejna kobieta koło mnie też zaczęła narzekać, że nie słychać. No rzeczywiście, panowała cisza - głownie dlatego, ze przewodniczka jeszcze nie zdążyła z siebie wydobyć ani słowa :)

Żelaznymi punktami spaceru były dwa kościoły: Garnizonowy pw. Podwyższenia Krzyża Świętego i Najświętszego Serca Jezusa i Św. Floriana. Większość z Was kojarzy pewnie lepiej ten drugi, przy Kościelnej - jest bardziej widoczny, no i Peja brał tam ślub :) Zanim zezwolono na budowę tej neoromańskiej świątyni, mieszkańcy Jeżyc musieli śmigać na Św. Wojciech co niedziela. Kościół Garnizonowy znajduje się przy Szamarzewskiego i wcześniej służył wyznawcom religii ewangelickiej. Stąd też jego charakterystyczne dla tego obrządku wnętrze. Trzecia ceglasta wieża, która góruje nad dzielnicą to budynek szkoły przy Słowackiego. Powstał on już jako placówka edukacyjna, w reakcji na galopujący przyrost młodych jeżyczan i palącą potrzebę ich germanizacji na początku XX wieku.

grota loretańska na tyłach kościoła przy Kościelnej.

kościół przy Szamarzewskiego.
Dzisiejsza wycieczka miała znacznie mniej punktów, ale te zaprezentowane omówione zostały arcydokładnie. Podobno formuła ma się odrobinę zmienić i w przyszłym roku planowane jest to i owo z historii poznańskich Bambrów na przykład.
Będę czekać!

sobota, 12 października 2013

Słynny poeta, Juliusz Kaponier

Podobno prawdziwych mieszkańców Poznania można poznać po kilku stwierdzeniach. Prawem najeźdźcy tego miasta dodam tylko, że mówiąc "prawdziwych mieszkańców" mam na myśli zarówno tych z urodzenia (nie ja) i tych z ducha i serca (np. ja).
Jakie to są stwierdzenia? Prawdziwy poznaniak (tudzież poznanianin lub poznańczyk - chyba wszystko poprawne) nigdy nie powie: "Ależ brzydkie są te wieżowce Alfy przy Świętego Marcina". Z pewnością też wytłumaczy Wam, kim na pewno nie był Juliusz Kaponier :) A mówię o tym dlatego, bo były to jedne z kwestii, poruszonych podczas spaceru po Jeżycach.

Poprzednia wycieczka z przewodnikiem z PoPoznaniu.pl, na której byłam, odbyła się równiutki rok wcześniej. Spacerowaliśmy szlakiem musierowiczowych Borejków - do historii możecie powrócić tutaj. Tym razem wyprawa nosiła nazwę "Od Bambrów do hipsterów". Uznałam, że gdzieś tam na osi pomiędzy tymi dwoma skrajnościami się mieszczę, więc w zasadzie wypada pójść. No to hop.

przy Gajowej - na tablicy fragment wiersza Iłłakowiczówny.
Punktów było kilka. Zaczęliśmy od pomnika Kościuszki, szybkiego wlotu do Starego ZOO i zajezdni przy Gajowej. Obiekt ten był kiedyś pierwszym dworcem kolejowym w Poznaniu, dopiero potem stał się najstarszą poznańską zajezdnią, funkcjonującą aż przez 130 lat! Smutno wygląda teraz, trochę tajemniczo i podejrzanie cicho. Tyły są już zburzone, gotują się na przyjęcie nowego. Bo też  tego nowego na Jeżycach coraz więcej - budynki, odrestaurowane kamienice, knajpy, knajpki, knajpeczki... To dobrze, bo widać, że fyrtel wraca do życia i nie będzie kojarzony tylko z zakapiorami z "tej gorszej części Jeżyc". Czy zachowa swój klimat? Nie widzę innej możliwości, bo gdzie ja się wtedy podzieję? :)

samotny gołąb w zajezdni.
Potem rzuciliśmy okiem na kilka secesyjnych budynków, kilka szachulcowych. Technika budowy zależy od daty powstania. W momencie, kiedy Poznań robił za twierdzę Poznań, budynki w rejonie fortecznym stawiane musiały być w taki sposób, żeby w razie czego można było je łatwo zburzyć i podpalić. Czas zmiany dla Jeżyc zaczął się jednak trochę wcześniej, niż na przełomie wieków, kiedy to wciągnięto je w granice stolicy Wielkopolski.
Na skutek wyniszczenia wsi (tak, tak - wsi!) wojną północną i zarazą, sprowadzono do niej Bambrów, osadników z Bawarii. Powtarzając za przewodnikiem, jeśli do kogoś mówimy dziś "Ale z Ciebie bamber, tej", to nie mamy na myśli "Ale z Ciebie porządny niemiecki rolnik z Bawarii! Szanuję Cię!". Kolokwialne "bamber" pochodzi stąd, że przybyłych z Bambergu osiedlano na peryferiach miasta. Wówczas nie było różnicy, czy mówimy o kimś, że jest chłopem spod Poznania czy Bambrem właśnie. Jeśli ktoś chce wchłonąć trochę klimatu, to taka przykładowa zagroda bamberska, dziś mocno zaniedbana, ostała się pomiędzy kinem Rialto a tym pięknym domem szachulcowym, w którym jest restauracja. Warto zajrzeć, widać wieś :)

rozwieję wątpliwości: kadr jest prosty.
pozostałości zagrody bamberskiej.
podobno był tam nawet sex-shop.
pozostałości zagrody bamberskiej
to też na tyłach zagrody, choć pewnie mocno
współczesne - po prostu nie mogłam oprzeć
się kolorom :)
Z innych ciekawostek - wiecie, że Bamberki w swoich ultrafantastycznych, szerokich strojach zajmowały aż półtora miejsca w tramwaju? I na trasie biegnącej przez Jeżyce mogły jeździć mimo to na jednym bilecie :) Dalej: budynek ZUSu reprezentuje styl modernistyczny, a w czasie PRLu miał na dachu ustrojstwo, zagłuszające zachodnie radia. Z kolei ulica Dąbrowskiego to dawna Wielka Berlińska, rzeczywiście potem przekształcona w Dąbrowskiego - tyle, że generała Jarosława. Po latach słusznie minionego ustroju zamiast fisiować z nazwą, zmieniono po prostu imię patronującego jej denata. Proste, a jakie pomysłowe! I jeszcze: zachodnie dzielnice miasta były lepsze od wschodnich, a to ze względu na dominację zachodnich wiatrów w regionie. Dopływ powietrza był znad pól i łąk, a nie fabryk. Dlatego też stawiano tam bardziej reprezentacyjne domy, budynki użyteczności publicznej i wszystko w ogóle naj. I takie ciekawostki, usłyszane z ust własnych przewodnika, mogłabym mnożyć i mnożyć. Tylko kto to wszystko przeczyta? :)

Pomnik Poległych w Powstaniu Poznańskim
modernistyczny, czy nie - dla mnie budynek ZUSu to ponury kloc.
ale tez pierwsza w Poznaniu konstrukcja z żelbetonu.