Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydarzenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydarzenia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 czerwca 2014

Jeżyce otwarte na wszystkich!

- I jeszcze jacyś ludzie z balonami... O co tutaj chodzi...? - zastanawiał się z nutą podejrzliwości w głosie pewien napotkany, pięcioletni berbeć. Napotkany w Starym Zoo, dodam. To własnie tam w sobotę, 7 czerwca (wieeem - ta zaprzeszła data brzmi jak kompromitujący wyrzut sumienia) odbywały się główne obchody Dnia Najbardziej Barwnej i Najfajniejszej Dzielnicy w Całym Poznaniu. Organizatorzy skrócili nazwę co prawda do "Dnia Jeżyc", ale na pewno tylko po to, żeby się łatwiej zapamiętywało ;) Święto działo się bodajże już po raz dziewiętnasty, tym razem pod kryptonimem: "Jeżyce otwarte na wszystkich!".

prezentacja lokalnej kwiaciarni.
Właściwie to się nie powinnam poczuwać do głoszenia wszem i wobec tych niezwykłych obchodów, wpadłam tam bowiem tylko na jedną godzinę, minut trzydzieści, na oko licząc. Ale sąsiedzka, otwarta atmosfera od razu opatuliła mnie swymi skrzydłami :) Przed wejściem do Starego Zoo ulokował się przyjemny zespół oraz jednodniowe restauracje (nie wiem, jak się robi sernik z kasztanów, ale ten, którego próbowałam, zapisał się na moim podniebieniu złotymi zgłoskami. Mniam!). W środku za to harcerze serwowali grochówkę, nie zważając na ukrop z nieba. Na scenie: teatrzyk o Królewnie Śnieżce. Na bocznej ścieżynce: pomoc w sprawach rowerowych z BikePark. Pośrodku parku: KOprojektownia, prowadząca konsultacje społeczne odnośnie jego zmian na jeszcze lepsze, zbierająca pomysły, sugestie i życzenia. Kawałek dalej - wymienny Targ Różności: książki, biżuteria, wieszaki z ubraniami i ogólne dawanie rzeczom drugiego życia.

I więcej nie powiem, bo musiałam się zawijać. Ale zdążyłam pocykać parę fotek. I przy okazji usłyszałam najlepszy komplement ostatniego miesiąca:
- Wiesz... Muszę Ci powiedzieć, że masz fajny obiektyw... :)

w ogórku dawali pocztówki z ogórkiem.
o, dokładnie w tym ogórku.
Targowisko (p)Różności :)
poszukiwania trwają.
...i trwają.


koło Jacka, Wacka i Pankracka nie mogłam przejść obojętnie.
na planie Starego ZOO można było zaznaczać ważne miejsca
i pomysły.
niebieskie na plus, różowe na minus.
sernik z kasztanów stał tuż obok.
kolejka po grochówkę.
przedstawienie o Królewnie Śnieżce, wiadomo.

niedziela, 13 października 2013

Tajemniczy Ogród

Moja mama na pewno podsumowałaby mój weekend stwierdzeniem, że nic konstruktywnego nie robię, tylko szlifuję bruki. Dużo się nie pomyliła. Tak się bowiem złożyło, że na sobotę i niedzielę przypadły dwa, osobne i niezależne, spacery po Jeżycach. O wczorajszej inicjatywie PoPoznaniu.pl możecie przeczytać w poprzednim poście. Dziś będzie o inicjatywie miejskiej.

Na początku pragnę złożyć głębokie ukłony i szacunek Pani przewodnik (lub, dla feminizujących - przewodniczce), która z niezwykła sympatią i uśmiechem ogarnęła blisko setkę ludzi, tak, że nikt się nie pogubił i nie pozabijał. Tym z Was, którzy odczuwają przesyt Jeżycami, powiem: bujajcie się! :) Nie, żartuję, To co powiem naprawdę, to to, że zwiedzanie odbywa się też na Śródce i Chwaliszewie, czyli w miejscach poddanych programowi rewitalizacji - zarówno w odmianie "twardej", jak i "miękkiej" - przez zmienianie świadomości mieszkańców. Jakby ktoś miał ochotę, to - sądząc po klasie dzisiejszej przewodniczki - warto. Śródka za dwa tygodnie, potem akcja pauzuje na zimę. Prawdopodobnym jest, że wróci.

Nie mam dziś w planach referatu z historii dzielnicy i miasta. Są zresztą mądrzejsi ode mnie w temacie. Faktami historycznymi nie będę Was zanudzać, bo nawet nie zdołałam wszystkiego zapamiętać. Dwa spacery w ciągu dwóch dni, miliony dat i na bieżąco układanie w głowie niniejszej wypowiedzi - no czyj mózg to wytrzyma? Wrócę do tego kiedyś, ale w rozsądnych dawkach.

Na początek przydałoby się info, że nazwa "Jeżyce" pochodzi od niejakiego Jeża lub Jerzego, właściciela wsi. Zaczyna się ona przewijać w historycznych dokumentach już od połowy XIII wieku. Historii Bambrów na tym spacerze nie było prawie wcale - było natomiast znacznie więcej o Starym ZOO.
No właśnie. Jako, że mogę się tam wybrać zawsze, nie wybrałam się tam oczywiście jeszcze nigdy. Nie urodziłam się w Poznaniu, więc ominęło mnie obowiązkowe zdjęcie na wilku, które ma każdy. Nie znam słonicy Kingi. Natomiast dzisiaj to miejsce mnie zachwyciło. Stare ZOO wygląda dokładnie tak, jak stare ZOO wyglądać powinno. Jest małe, porośnięte bluszczem... W mglistym, październikowym poranku wyglądało dość niesamowicie. Zwierzęta beczały, dzieci próbowały je naśladować, a z ulicy dobiegały odgłosy kibiców poznańskiego maratonu :) Nie przeszkodziło mi to szczególnie w odbiorze. Zaczynam kombinować, czy nie wziąć aby urlopu tylko po to, żeby tam się zgubić w ciągu dnia, dopóki jeszcze drzewa nie są do cna ogołocone. Drogie liście, dajcie mi jeszcze moment!

Stare ZOO to najstarszy działający bez przerwy
ogród zoologiczny w Polsce
 
wszystko zaczęło się w 1871 roku z okazji 50. urodzin
właściciela przydworcowej restauracji. dostał
od znajomych w prezencie małą menażerię.

wspomnienie po niedźwiedziach.
Istnieje miejska legenda, związana ze Starym ZOO. Ponoć utrzymuje się je tylko dlatego, że pod jego zabudowaniami egzystuje niebotyczna wręcz liczbowo kolonia szczurów. Lepiej już je tak trzymać, niż gdyby miały rozleźć się po mieście. Prawdy nie zna pewnie nikt. Ale jeśli nie dla szczurów, to ja serdecznie poproszę, żeby nikt nigdy Starego ZOO nie likwidował. Dla mnie.

smutny Pan Małpa. czy tam Pani.

a na obrazku wygląda na wesołego.

Grupa zwiedzających była bardzo ciepła i pozytywnie nastawiona. Starsze panie z charakterystycznym poznańskim zaśpiewem rozprawiały o wspomnieniach, które łączą je z tymi miejscami. Rodzice tłumaczyli dzieciom, dlaczego ulica Zwierzyniecka nosi taka nazwę i co znajduje się za murem. Oczywiście, jak w każdym tłumie, tak i w tym znalazła się perełka :)
Pani niezadowolona otrzymała w mojej głowie miano Pani Halinki. Wyobraźcie sobie, jak takim typowym, urzędniczo-okienkowym i pretensjonalno-znudzonym tonem wykłóca się: "Ale Pani za cicho mówi! Ja nie wiem, to w końcu ta pierzeja czy tamta?! Bo Pani mówi, że ta, ale oni pokazują, że tamta, to która w końcu?! No nic nie słychać!". Nie wiedząc, gdzie oczy podziać, wymieniłam tylko ze stojącym obok starszym Panem porozumiewawcze uśmiechy. Pan zresztą przesympatyczny, porozmawiał ze mną chwilę o nierównych chodnikach, jeżyckich kościołach i podał rękę przy schodzeniu z  murku, tłumacząc, że "Wychowała go babcia, a ona zawsze kazała pomagać kobiecie przez podawanie ręki". Jak wspomniała Pani Halinka, problemy ze słyszalnością były rzeczywiście, ale trudno, żeby było inaczej przy tak dużej grupie. Parsknęłam śmiechem, kiedy kolejna kobieta koło mnie też zaczęła narzekać, że nie słychać. No rzeczywiście, panowała cisza - głownie dlatego, ze przewodniczka jeszcze nie zdążyła z siebie wydobyć ani słowa :)

Żelaznymi punktami spaceru były dwa kościoły: Garnizonowy pw. Podwyższenia Krzyża Świętego i Najświętszego Serca Jezusa i Św. Floriana. Większość z Was kojarzy pewnie lepiej ten drugi, przy Kościelnej - jest bardziej widoczny, no i Peja brał tam ślub :) Zanim zezwolono na budowę tej neoromańskiej świątyni, mieszkańcy Jeżyc musieli śmigać na Św. Wojciech co niedziela. Kościół Garnizonowy znajduje się przy Szamarzewskiego i wcześniej służył wyznawcom religii ewangelickiej. Stąd też jego charakterystyczne dla tego obrządku wnętrze. Trzecia ceglasta wieża, która góruje nad dzielnicą to budynek szkoły przy Słowackiego. Powstał on już jako placówka edukacyjna, w reakcji na galopujący przyrost młodych jeżyczan i palącą potrzebę ich germanizacji na początku XX wieku.

grota loretańska na tyłach kościoła przy Kościelnej.

kościół przy Szamarzewskiego.
Dzisiejsza wycieczka miała znacznie mniej punktów, ale te zaprezentowane omówione zostały arcydokładnie. Podobno formuła ma się odrobinę zmienić i w przyszłym roku planowane jest to i owo z historii poznańskich Bambrów na przykład.
Będę czekać!

sobota, 12 października 2013

Słynny poeta, Juliusz Kaponier

Podobno prawdziwych mieszkańców Poznania można poznać po kilku stwierdzeniach. Prawem najeźdźcy tego miasta dodam tylko, że mówiąc "prawdziwych mieszkańców" mam na myśli zarówno tych z urodzenia (nie ja) i tych z ducha i serca (np. ja).
Jakie to są stwierdzenia? Prawdziwy poznaniak (tudzież poznanianin lub poznańczyk - chyba wszystko poprawne) nigdy nie powie: "Ależ brzydkie są te wieżowce Alfy przy Świętego Marcina". Z pewnością też wytłumaczy Wam, kim na pewno nie był Juliusz Kaponier :) A mówię o tym dlatego, bo były to jedne z kwestii, poruszonych podczas spaceru po Jeżycach.

Poprzednia wycieczka z przewodnikiem z PoPoznaniu.pl, na której byłam, odbyła się równiutki rok wcześniej. Spacerowaliśmy szlakiem musierowiczowych Borejków - do historii możecie powrócić tutaj. Tym razem wyprawa nosiła nazwę "Od Bambrów do hipsterów". Uznałam, że gdzieś tam na osi pomiędzy tymi dwoma skrajnościami się mieszczę, więc w zasadzie wypada pójść. No to hop.

przy Gajowej - na tablicy fragment wiersza Iłłakowiczówny.
Punktów było kilka. Zaczęliśmy od pomnika Kościuszki, szybkiego wlotu do Starego ZOO i zajezdni przy Gajowej. Obiekt ten był kiedyś pierwszym dworcem kolejowym w Poznaniu, dopiero potem stał się najstarszą poznańską zajezdnią, funkcjonującą aż przez 130 lat! Smutno wygląda teraz, trochę tajemniczo i podejrzanie cicho. Tyły są już zburzone, gotują się na przyjęcie nowego. Bo też  tego nowego na Jeżycach coraz więcej - budynki, odrestaurowane kamienice, knajpy, knajpki, knajpeczki... To dobrze, bo widać, że fyrtel wraca do życia i nie będzie kojarzony tylko z zakapiorami z "tej gorszej części Jeżyc". Czy zachowa swój klimat? Nie widzę innej możliwości, bo gdzie ja się wtedy podzieję? :)

samotny gołąb w zajezdni.
Potem rzuciliśmy okiem na kilka secesyjnych budynków, kilka szachulcowych. Technika budowy zależy od daty powstania. W momencie, kiedy Poznań robił za twierdzę Poznań, budynki w rejonie fortecznym stawiane musiały być w taki sposób, żeby w razie czego można było je łatwo zburzyć i podpalić. Czas zmiany dla Jeżyc zaczął się jednak trochę wcześniej, niż na przełomie wieków, kiedy to wciągnięto je w granice stolicy Wielkopolski.
Na skutek wyniszczenia wsi (tak, tak - wsi!) wojną północną i zarazą, sprowadzono do niej Bambrów, osadników z Bawarii. Powtarzając za przewodnikiem, jeśli do kogoś mówimy dziś "Ale z Ciebie bamber, tej", to nie mamy na myśli "Ale z Ciebie porządny niemiecki rolnik z Bawarii! Szanuję Cię!". Kolokwialne "bamber" pochodzi stąd, że przybyłych z Bambergu osiedlano na peryferiach miasta. Wówczas nie było różnicy, czy mówimy o kimś, że jest chłopem spod Poznania czy Bambrem właśnie. Jeśli ktoś chce wchłonąć trochę klimatu, to taka przykładowa zagroda bamberska, dziś mocno zaniedbana, ostała się pomiędzy kinem Rialto a tym pięknym domem szachulcowym, w którym jest restauracja. Warto zajrzeć, widać wieś :)

rozwieję wątpliwości: kadr jest prosty.
pozostałości zagrody bamberskiej.
podobno był tam nawet sex-shop.
pozostałości zagrody bamberskiej
to też na tyłach zagrody, choć pewnie mocno
współczesne - po prostu nie mogłam oprzeć
się kolorom :)
Z innych ciekawostek - wiecie, że Bamberki w swoich ultrafantastycznych, szerokich strojach zajmowały aż półtora miejsca w tramwaju? I na trasie biegnącej przez Jeżyce mogły jeździć mimo to na jednym bilecie :) Dalej: budynek ZUSu reprezentuje styl modernistyczny, a w czasie PRLu miał na dachu ustrojstwo, zagłuszające zachodnie radia. Z kolei ulica Dąbrowskiego to dawna Wielka Berlińska, rzeczywiście potem przekształcona w Dąbrowskiego - tyle, że generała Jarosława. Po latach słusznie minionego ustroju zamiast fisiować z nazwą, zmieniono po prostu imię patronującego jej denata. Proste, a jakie pomysłowe! I jeszcze: zachodnie dzielnice miasta były lepsze od wschodnich, a to ze względu na dominację zachodnich wiatrów w regionie. Dopływ powietrza był znad pól i łąk, a nie fabryk. Dlatego też stawiano tam bardziej reprezentacyjne domy, budynki użyteczności publicznej i wszystko w ogóle naj. I takie ciekawostki, usłyszane z ust własnych przewodnika, mogłabym mnożyć i mnożyć. Tylko kto to wszystko przeczyta? :)

Pomnik Poległych w Powstaniu Poznańskim
modernistyczny, czy nie - dla mnie budynek ZUSu to ponury kloc.
ale tez pierwsza w Poznaniu konstrukcja z żelbetonu.

piątek, 27 września 2013

Jeżyce Story: Buntowicy. Opowieść o słoniach.

Muzyka jest filozofią mojego życia.

Wydaje mi się, że wcale nie chodzi o muzykę. Tylko o pasję. O coś, w czym można zatracić się do końca i przez to poznać siebie tak naprawdę. Co nas definiuje i tkwi gdzieś głęboko. Życie Krzysztofa, melomana z Jeżyce Story: Buntownicy, ułożyło się akurat wokół czterech nut beethovenowskiej symfonii. Ale to absolutnie nie musi być reguła.

Oczywiście musiałam zbuntować się przeciwko ustalonemu porządkowi i przygodę z serialem teatralnym zaczęłam od Lokatorów :) Mimo tego, że właśnie Buntownicy stanowią pierwszą część cyklu Jeżyce Story, o którym wspominałam już wielokrotnie, a i teraz spełniam swój kronikarski obowiązek.
Ten odcinek jest... no, przede wszystkim jest męski. Jest o buncie. O dorastaniu. O nakazach i ograniczeniach i szukaniu własnej ścieżki. Nie wiem, czy sprzeciwianie się zakazom to domena mężczyzn. Może po prostu w ich przypadku walka o wolność jest bardziej bezwzględna i brutalna, więc rzuca się w oczy? Na to wskazywałby, przedstawiony w sztuce, konflikt Tomka i Zygmunta, syna-anarchisty i ojca-wielbiciela porządku. Być może coś w tym jest.

Chapeau bas dla Pawła Binkowskiego za rewelacyjną kreację Peji Ryszarda! Nie wiedziałam, czy mam się bardziej śmiać czy dumać nad tym, że niektóre słowa i myśli bardzo mnie zaskakują. Pozytywnie, oczywista. Świetnie zagrana postać, wspaniałe gwarowo-rynsztokowe słownictwo, rzucane z niezwykłą naturalnością. Trudna opowieść o dzieciństwie, alkoholu i szarpaninie z losem. Gdybym wracając ze spektaklu spotkała mego szanownego Sąsiada, to chyba nawet spytałabym go, jak się czuł, kiedy oglądał "siebie" w teatrze. Niefart, nie spotkałam.

Słoń jest symbolem pierwszego odcinka.
Mały Cohn to słoń indyjski, który na początku XX w. zjawił się w Poznaniu wraz z cyrkiem Sarassaniego. Wytresowane, cyrkowe zwierzęta słuchały potulnie swych poskramiaczy i robiły sztuczki, aby ucieszyć publiczność. Cohn postanowił zerwać się na trochę, choć jego wolność miała prawo trwać tylko chwilę. Po niesławnej ucieczce zwierzęcia i jego brutalnym schwytaniu, Sarassani (w rzeczywistości pełen ordnungu Niemiec, nie mylić z Włochem) zadecydował o podarowaniu słonia miastu Posen, z przeznaczeniem do ogrodu zoologicznego w dzielnicy Jersitz. Historia stworzenia, które pragnie wyrwać się z niewoli i które pamięta każde zadane mu uderzenie, przewija się przez całą sztukę. Przewija się w postaci Edyty Łukaszewskiej z maską na twarzy. W historii naocznego Świadka słoniowej ucieczki i opowieściach Tresera. Wreszcie - poprzez niemy film, puszczany na ścianie.
Bolesne jest to pragnienie wolności, bolesne także z fotela widza, który zadaje sobie pytanie: "Jak to? Jak to - nie można żyć po swojemu?". I zaraz potem zaczyna zastanawiać się nad własnymi ograniczeniami.

Puenta jest krótka. Miasto Kobiet było lepsze. Ale w ten męski świat też warto się zanurzyć.

A teraz ogłoszenie. Dla wszystkich, którzy żałują siana na bilet do teatru, twórcy Jeżyce Story przygotowali niespodziewajkę :) Już 6 października będzie można zobaczyć aktorów całego cyklu na - gdzieżby indziej! - Rynku Jeżyckim. O szczegółach dowiecie się, robiąc klik tutaj.
Mam nadzieję, że do zobaczenia!

poniedziałek, 8 lipca 2013

Posłuchaj Miasta Kobiet. Jeżyce Story.

Mam w życiu jakieś ogólnie pojęte szczęście (tfu, tfu przez lewe ramię - żeby nie zapeszyć).
Zazwyczaj przejawia się ono rozmaicie, ale bardzo mnie cieszy, że ostatnio postanowiło zwizualizować się bardzo namacalnie w postaci podwójnego zaproszenia na Jeżyce Story. Miasto Kobiet - część czwarta.

Kot - symbol czwartej części.
Poprzednie to słoń, jerzyk i szczur.
O tym cyklu Teatru Nowego pisałam już przy okazji wizyty na Lokatorach (jeśli ktoś olał i chce powrócić - okazja czyha tutaj). W skrócie: pierwszy dokumentalny serial teatralny, który za obiekt wybrał sobie Jeżyce: dzielnicę jednocześnie piekielnie uniwersalną i niesamowicie szczególną.
Dziś wiem, że Lokatorów oglądało mi się z przyjemnością. Miasto Kobiet natomiast oglądało mi się z zachwytem.

Nie będzie to jakaś recenzja teatralna, bo ja się do recenzowania nie nadaję. Mam za miękkie serce. A bohaterki mówią zresztą, że "wkurwiają ich krytycy". Wulgaryzmy też są użyte celowo.
Kilka rzeczy w tym spektaklu spowodowało refleksję, kilka innych niepohamowane ataki śmiechu. Było o kobietach. Od takich małych, które wystąpiły w postaci nagrania z USG i urodzą się dopiero za miesiąc, aż po ostatnią lwicę ze Starego ZOO, Dianę, po której dziś pozostała już tylko ulubiona zabawka: kamienna kula. O macierzyństwie, feminizmie, kotach i tym, że wymaganie dużo od siebie może wkurwiać, bo wtedy inni też zaczynają wymagać. Podziwiam obsadę (Edyta Łukaszewska, Agnieszka Różańska, Dorota Abbe i Irena Dudzińska) za umiejętność przedzierzgnięcia się w jednej chwili z ginekolog-położnik w starszą panią Teresę. Chapeau bas!

"Co to jest szczęście?"
"Szczęście jest wtedy, kiedy ktoś jest wesoły!"
"A Wam podoba się jakiś chłopak?"
"Michał!"
"A co Wam się tak bardzo w nim podoba?"
"No Miiiiiichał!"

Jedna ze scen przekomicznie pokazała troski i radości dziewczynek z przedszkola. W innej udział wzięły "kociary" - starsze kobiety, dokarmiające futrzaki w swojej kamienicy (walczące zresztą o to z "tą z parteru" i skłonne rzucić kotom z okna najlepszą pasztetową). Swoją historię opowiedziała matka piątki dzieci, która kiedyś chce napisać książkę. Była pani ginekolog z Raszei, która "urodziła dwie trzecie Jeżyc" przez ostatnie trzydzieści lat i żeby rozładować napięcie przy narodzinach, prosiła przyszłego tatusia-kibica o porządny doping ( z "Goooool!" włącznie). Było krzyczenie wniebogłosy o tym, jak wkurwiające jest wymyślanie obiadu. Była  Lucyna Marzec, która ustami Edyty Łukaszewskiej dała mi po raz pierwszy usłyszeć o feminizmie coś, na co nie zareagowałam buntem, bo to kompletnie nie moja bajka. Było wreszcie zaśpiewane na koniec "Happy Birthday!" dla każdej małej osoby, którą mamy w środku i która czasami musi rodzić się na nowo po rzeczach, które ją złamały.
Zdzielił mnie ten spektakl po twarzy, co tu dużo mówić. Było to pozytywne zdzielenie :)

Wracałam potem o północy przez Jeżyce do domu. Zapach lipy, przemieszany z odorem moczu, badziewne szyldy, wyłamane drzwi w bramach pięknych niegdyś kamienic, lumpeksy i komisy... Impreza na tarasie "Wierzynka", bełkoczące zwierzenia pod monopolowym ("Nie przejmuj się, Stachu. Kto na Jeżycach nie siedział?"), psie kupy na nierównym chodniku...

Cóż. W monologu Lucyny Marzec pojawiła się historia o powrocie z Bostonu. Z czystego, poukładanego Bostonu, prosto w klimat jeżycki. Podsumowanie doskonale obrazuje moje uczucia.

"Mnie odpowiada ten bajzel."

wtorek, 4 czerwca 2013

Murale Outer Spaces

W ciągu ostatniego weekendu na Jeżycach można było spotkać ludzi, którzy ni z tego ni z owego potrafili zapytać: a te na Słowackiego już widzieliście? Podobno jest jeszcze coś na Kraszewskiego...! Spokojnie, to nie były jakieś tajemnicze manewry, a jedynie tegoroczna edycja Festiwalu Outer Spaces - Urban Forest 2013.

Dlaczego Urban Forest? Bo wrastanie systemu leśnego w miasto. Chodzi zarówno o miejską dżunglę (czyli więcej ludzi, kultury i dziania się), jak i o dżunglę w mieście (czyli więcej liści i trawy). W zasadzie, to chodziło o wszystko: o upiększanie, integrację, odchamianie się, stawanie lepszymi ludźmi, odkrywanie tożsamości, poznawanie charakteru, przenikanie w dzielnicę (wiadomo - Jeżyce! każdy by chciał przenikać!). W ramach już trzeciej edycji Festiwalu odbywały się warsztaty (budowania mebli miejskich czy tworzenia ogrodów), grała muzyka (do posłuchania tutaj) i ogólnie performensowano. Tym, co po festiwalu zostało, jest trochę świadomości, kilka fajnych miejsc i jeszcze fajniejszych murali. Podczas niedzielnego (ale dzielnego, bo długiego) spaceru zobaczyłam co nieco i się dzielę - zwłaszcza z tymi, którym na Słowackiego czy Jeżycką nie po drodze.

Zaczynamy od żywej natury.
Ogródek bagienny przy skrzyżowaniu Mylnej z Jeżycką.

oto, jak uczynić parking bardziej zielonym.

serio, nie mam pojęcia, co to. Poznańska.

tutaj jeszcze przed ukończeniem. Poznańska.
ciekawy kontrast z Kolejorzem.

przypomina mi głowę koziołka. nie pytajcie. Wąska.

zapewne lepiej widać, kiedy się jest choć trochę wyższym niż
kurdupelek, którym jestem. Kościelna/Poznańska.

a to cyknięte trochę później. Wawrzyniaka/Słowackiego.

szkolne boisko niczym na Bronxie. Słowackiego.

kultura wysoka i fizyczna w jednym! Słowackiego.

być może jestem psycholem, ale to mój ulubiony. Słowackiego.

wciąż gimnazjalne podwórko. Słowackiego.

szacunek ludzi ulicy!

no zaraz, wyczuwam niespójność...

gimnazjalne podwórko. Słowackiego.

a to chyba pozostało z jakiegoś innego festiwalu :) Słowackiego.
Są tacy co potrafią, a są tacy, co nie potrafią. W tym cała rzecz.

niedziela, 26 maja 2013

O stosowaniu mydła

Kojarzycie ten taki spęd na Starym Rynku, mający na celu bicie rekordu w puszczaniu baniek mydlanych? Wczoraj był. Deszcz też był. I zimno.

Międzynarodowe Puszczanie Baniek Mydlanych organizowane jest przez Studencką Radę Miasta Poznania oraz Fundację na Rzecz Studentów i Absolwentów. Na płycie Rynku można spotkać jednak cały przekrój społeczny - od brzdąców w wózkach po starszych panów. Tegoroczna akcja zadziała się już po raz trzeci. Oczywiście, wczorajsze puszczanie baniek było mniej oblegane i przyjemne w porównaniu z zeszłorocznym - kiedy było ciepło, słonecznie, a ja strasznie głupio opaliłam sobie okulary na nosie. Ale nie mogłam wytrzymać jednak i się udałam. Bruk Rynku będzie lśnił, jak podejrzewam - był cały w mydlinach, spienionych przez padający deszcz. Facebook obiecywał 4,5k osób - przybyło znacznie mniej. Ale może to lepiej? Może zjawili się tylko Ci szczególni, niezwykli i wybrani...? :)
W związku z wysoką nietrwałością bytu bańkowego, nie będę już strzępić jęzora, a w zamian pokażę, co widziałam wczoraj. 

Bo mnie mało co cieszy tak, jak bańki mydlane :)

jest to jedna bańka, tylko bardzo długa.

Magness po drugiej stronie bańki.

bańka-indywidualistka. albo emo-bańka.

bo robienie baniek to nie jest rzecz, którą się łapie w powietrzu.

też czujecie, że ten parasol chce ją zamordować?

mój parasol dla odmiany nie puszczał, nie mordował, tylko łapał.

trochę mi to przypomina "Bitwę pod Grunwaldem".

jak bańki na niebie :)

a ta Pani miała imponujący warkocz.

mokro.

wietrznie.

...ale kolorowo :)
[z góry przepraszam, ale teraz nastąpi mała prywata:
Mamuci Maniaku Mamucie Melancholiku! Wszystkiego najlepszego z okazji Twojego dnia :)]