Pokazywanie postów oznaczonych etykietą na Rynku. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą na Rynku. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 października 2013

Rynek Opowieści Jeżyckich

Przybiegłam do domu co tchu, żeby przelać na wirtualny papier wszystko to, co dziś zobaczyłam i niczego nie zapomnieć.
Niniejszym sponsorem dzisiejszego wpisu jest słowo: rewelacja!
(no dobra, trzy głębokie wdechy i policzyć do dziesięciu. Mój hurraoptymizm wygląda na niebezpieczny.)

Mówiłam już poprzednio o tym, że Jeżyce Story wychodzi z Teatru na ulicę. W sumie - na Rynek. Konkretniej jeszcze: na Jeżycki, oczywiście. I tam własnie zadziać się miała się teatralna magia.

To się zadziała. Uważam się za weterankę cyklu, albowiem wynik "trzy na cztery spektakle" to wynik bardzo przyzwoity i trącący niechybnie fanatyzmem. Tym razem wyglądało to trochę inaczej. Stragany stały się mini-scenami z elementami scenografii i aktorem, umieszczonym w środku tej gemeli. I taki aktor stał tam i mówił. Grał. Odtwarzał swoją postać ze spektaklu.

Sławek, rugbysta na wózku, grany przez
Sebastiana Greka
Się wie. W tle Paweł Binkowski
Piekielnie trudno mieli Ci aktorzy, nawiasem mówiąc. Widzowie stali metr od nich i się gapili. Dwa metry dalej słychać było dyskusję rozchichotanych nastolatek. Z boku ktoś wcinał kebab (z sosem czosnkowym, jestem pewna), a tu i ówdzie pojawiali się przypadkowi, zdziwieni przechodnie - czy to w postaci młodych salonowców z kwiatami z "Patrycji" czy mocno nieumytych degustatorów trunków wszelakich.
Dzisiaj mogłam posłuchać historii z Graczy (opowieść tanatopraktora o przygotowywaniu ludzi do pogrzebu: maestria. Wcale nie przesadzam), ale - co chyba nawet cenniejsze - zobaczyć spektakle, które już widziałam, w innej odsłonie i otoczeniu. Tu mogę z czystym sumieniem powiedzieć - dali radę. Mimo pytań z tłumu, komentarzy publiczności i przerywania śmiechem.

Dorota Abbe jako mężczyzna uzależniony
od hazardu
Mariusz Puchalski jako tanatopraktor
Edyta Łukaszewska tym razem jako Lucyna Marzec
Instalacja, gdzie można było posłuchać
historii słonia-buntownika.
Czułam się lekko skołowana oglądaniem sztuki, stojąc na lekko zbutwiałej palecie z płyty wiórowej w miejscu, gdzie zazwyczaj kupuję włoszczyznę i dynię, jeśli jest sezon. Bo to przecież byli aktorzy! Nie mówili o sobie. Sprzedawali tylko historie innych ludzi. Mimo tego, uwierzyłam im tak bardzo, że zgłupiałam, kiedy obok Janusza Andrzejewskiego (świetna Pani Ewa z Lokatorów) zobaczyłam... prawdziwą Panią Ewę, która dopowiadała jeszcze to i owo do historyjek. Tak samo chwilę potem na Rynku pojawiła się Lucyna Marzec (jej postać występuje w Mieście Kobiet) czy Katarzyna Czarnota (Edyta Łukaszewska odtwarza ją w Lokatorach i Buntownikach).
To całe zderzenie: prawda, wcale nie mniej realna fikcja, wszystko to na Rynku i podlane sosem z przechodniów i widzów - dziwię się, że nie oszalałam do reszty :)

Pani Ewa w realu i pod postacią Janusza Andrzejewskiego
sprawcy zamieszania. konkretniej - dramaturg :)
Reżyser cyklu, Marcin Wierzchowski, opowiedział dziś o tym, że Jeżyce Story powstało z potrzeby zobaczenia świata, który jest blisko, ale czasem kompletnie nie umie się go dostrzec. Powstało też z potrzeby osadzenia Teatru Nowego w otoczeniu - nie tylko pod względem geograficznym. A w tym wszystkim jeszcze okazało się, że historie mocno lokalne, stały się w istocie uniwersalne.

(W tym momencie poczułam się piekielnie inteligentna, bo już od samych Lokatorów tak mi się właśnie wydawało! :))

Okazało się, że Rynek wciąż żyje i wiele historii jest jeszcze do odkrycia. Niektóre z nich przechodnie opowiadali dziś aktorom i autorom na żywo! To najlepszy dowód na to, że tworzenie tego serialu to budowanie sieci społecznościowej. Z taką różnicą, że w realu, a nie w Internecie.

Sieć ta przełożyła się zresztą na dzisiejszą aranżację rynku. Poza występami aktorów, były tam też inne rzeczy prosto z Jeżyc. Wystawiały się  kawiarnie, rozmaite paszownie czy fryzjer. Świetna okazja, żeby dać się poznać tubylcom.
Szczególne brawa należą się kwiaciarni "Kwiaty i Miut" za wyśmienity ambient. Zaproponowali oni odwiedzającym szybki kurs robienia wianków. Dałam się porwać fantazji i plotłam sobie po cichutku taką tam wariację na temat jesieni. Obok mnie sympatyczna dziewczyna układała swoją kompozycję, patrząc na nią krytycznie co i raz. W końcu z westchnieniem niezadowolenia oznajmiła światu:
- No cóż... Widocznie jaka dziewica, taki wianek...
Ja na swój nie mogę narzekać, wyszedł szykownie :)

jakieś pomysły?
ale przynajmniej nie biją!
tablicy by nie starczyło :)
jakie to wieloznaczne!
czuję, że tu powstaje dzieło życia...
słuszne przeczucia! :)
W samym środku Rynku ustawiono papierowe tablice, gdzie każdy mógł napisać, co go wkurza, cieszy, albo gdzie dają dobrze jeść. I właśnie w taki, interaktywny sposób, teatr wszedł pod strzechy.

Albo raczej pod kamienice i na stragan. Jak na Jeżyce przystało.

sobota, 20 października 2012

zamach

- Coś jeszcze?
- Tak, jeszcze brokuły poproszę.
- Dwapiędziesiąt. Uciąć Pani girę...? Eee, to znaczy nie Pani, tylko brokułowi...?

Dobrze, że sprecyzowała :)

sobota, 13 października 2012

Colloquium sobotnie na ulicy

Żeby zauważyć jesień na Jeżycach, trzeba się trochę przyjrzeć. Akacje jeszcze są zielone i niewiele kolorowych liści leży na chodnikach. Na Rynku za to coraz więcej zimowych butów, pikowanych kurtek i wełnianych czap. Właśnie dziś, zaspana jeszcze, leciałam pokręcić się po rzeczonym, kiedy znienacka zaczepił mnie korpulentny, starszy pan o jowialnym sposobie bycia i facjacie jak rumiane jabłuszko. Jakbym była starą znajomą, z która dawno wypił bruderszaft. Zresztą, gdzie tam! Jakbyśmy ten bruderszaft pili co najmniej raz na dwa dni, przy użyciu wysokoprocentowej berbeluchy w kolorze fioletowym, kupowanej w zestawie z chlebem do przesączania. Po prostu podszedł i postanowił opowiedzieć historię, nawet bez "dzień dobry" czy innej gry wstępnej.

- Idę przez ulicę i patrzę - idzie taka klofta* naprzeciwko. Mijam ją, przyglądam się i widzę, że jej chyba pękła spódnica od góry do dołu. To mówię przecież: "Pękło tu Pani coś, rozprute jest". A ta blyrwa* jak nie fiknie, zadziera tę kieckę do góry i mówi: "A pękło, pękło, patrz Pan, jak ładnie!". Majtków nie miała! No ja cież pierdole... Uwierzy pani? Nikt by nie uwierzył... Niech Pani komuś opowie, bo naprawdę nie mogę...Wszystkiego najlepszego!
I poszedł.

"Mamy Cię" czy ki czort?


(Dla niewiedzących:
* klofta - wielka baba,
* blyrwa - kobieta lekkich obyczajów)

wtorek, 25 września 2012

Tramwaj zwany wspomaganiem

Czy Jeżyce kiedyś będą nudne?
No bez kpin...

Wykopytkowałam na fyrtel wieczorową porą, bo jak tej sierotce zapomniało mi się, że miałam coś jeszcze załatwić. Wracając, z czystego lenistwa postanowiłam jednak skorzystać z tego cudu techniki, jakim jest tramwaj i przejechać ten niepokonalny dystans z Rynku na Polną (o zgrozo!).

Na przystanku zadzierzgnęłam przyjaźń z Dziarską Staruszką. Przyjaźń ta została oparta na solidnych podstawach tego, że ja wiedziałam, która jest godzina, umiałam odczytać w świetle latarni i neonów rozkład jazdy oraz cierpliwie wysłuchiwałam wyrazów niezadowolenia, spowodowanych częstotliwością i prędkością jazdy komunikacji miejskiej poza godzinami szczytu. Dziarska Staruszka stwierdziła, że jest jednak zbyt niska. Ta częstotliwość, nie ta Staruszka.

A więc wsiadam, proszę ja Was, winduję Dziarską po schodkach (niezadowolenie sięgnęło zenitu, tramwaj nie był niskopodłogowy), służę za podpierak, przy wysiadaniu na Polnej natomiast za rusztowanie i co? Ha! Dziarska Staruszka uwiesza się na moim młodym i pięknym ramieniu i dalejże mnie ciągnąć na Staszica! A swój rozmiar miała.

Mam nadzieję, że przełoży się on na rozmiar mojej niebiańskiej aureoli :)

sobota, 22 września 2012

Żywy inwentarz

Atmosfera na Rynku jest naprawdę ciepła i rodzinna. Mimo aury.

W kolejce po kwiaty stało sobie przede mną z pięć kumoszek, rechocząc w najlepsze. Prym wiodła zwłaszcza jedna, witając i pozdrawiając każdego i głośno żartując ze wszystkimi naokoło. Od stoiska tymczasem odeszła stara babuleńka, dzierżąc w drżącej dłoni bukiet żółtych dalii i powtarzając pod nosem:
- Dalie... Musze zapamiętać nazwę: dalie.

Wraca po chwili z pytaniem, jak nazywają się te kwiaty, bo jednak zapomniała :)
A co na to nasza Naczelna Kumoszka? Z błyskiem w oku i szelmowskim uśmiechem powiada:
- Pani, kozy! To są kozy! KO-ZY. Tak się te kwiaty nazywają.
Po czym zapanowała powszechna wesołość, rozlewająca się na okoliczne stragany. (Pisząca te słowa również zaśmiewała się, chrząkając z uciechy niczym radosny prosiak i wcale się tego nie wstydzi)

Babuleńka odchodzi więc od stoiska, mamrocząc pod nosem:
- Kozy... Muszę zapamiętać nazwę: kozy.

Kwiaciarka tylko pokręciła głową z politowaniem, spojrzała na Naczelną Kumoszkę i westchnęła:
- Ech. Ty to w tygodniu jesteś jednak bardziej normalna.

Normalna, czy nie - zazdroszczę pogody ducha :)

sobota, 8 września 2012

Równowaga rynkowa

Złota zasada: na zakupy nie chodzi się z burczącym z głodu brzuchem. Powinno się to wyryć tępym i zardzewiałym rylcem na jakiejś newralgicznej części ciała. Można bowiem skończyć tak, jak ja dzisiaj - wracając obładowanym niczym duży ssak parzystokopytny, Camelus bactrianus. Znaczy wielbłąd dwugarbny. Z mutacją do trzeciego garba, cholera jasna.

umiałam się oprzeć?
jasne, że nie.

Powiem szczerze, że jeszcze sporo sprytu mi brakuje. Stare jeżyckie wyjadaczki są cwańsze ode mnie, na zakupy pomykają z wózeczkami. Dzisiaj, przy jednym ze straganów, starsza pani ładowała do wózka kilogramy ziemniaków, wzdychając: "Co ja bym zrobiła bez tej mojej przyjaciółki na kółkach...?". Jak widać słabe mam zdolności interpersonalne, bo mnie się takie przyjaciółki jakoś nie imają. Mogłabym kupić, ale czymże jest kupiona przyjaźń? :)

polerowane całą noc.
Dziwnie się czuję, robiąc zdjęcia warzywom w szczycie zakupowym. Sprzedawcy patrzyli na mnie dziś nader podejrzliwie. Poświęciłam się, owszem - ale było warto. Biegajcie na Rynek, póki jeszcze tam tyle dobra. A dla wszystkich wegeludzi to jak Ziemia Obiecana, Eldorado i Mekka w jednym. I z cała pewnością nikt im tam nie powie, że jedzą zielsko.
Dla niezorientowanych, mały cennik (uśredniłam ceny):
pomidory i cukinia - 2 zł/kg, ogórki - 3,50 zł/kg, papryka - 4 zł/kg, brokuły i kubek malin - 3,5 zł, sałata i rukola - 2 zł, rzodkiewki i szczypiorek - 1,5 zł za pęczek. No nic, tylko brać.

rzodkiewkowa piramida. z rzodkiewek.
No i nie byłabym sobą, jakbym nie wrzuciła tego... Pamiętajcie, mordercy, Rynek ma Was na oku!

jak złym trzeba być człowiekiem, żeby dusić niewinne śliwki?
ciekawe, że truskawek się to nie tyczy... wyczuwam spisek.

Korzystając z okazji, szerzę wieść. Zbliża się jeżycka Dzielnicjada (już czwarta), organizowana przez Stowarzyszenie SIC!. Wstęp bezpłatny, więc kto ma ochotę zobaczyć Dom Tramwajarza od środka, niech czuje się zaproszony. Impreza odbywa się pod hasłem "Magia mojej dzielnicy". I teraz nie wiem, czy nie zacząć się bać :) A całkiem serio - więcej info tutaj.

sobota, 1 września 2012

komplement roku

Niewielu znam ludzi, którzy w sobotę budzą się o 7.30, jeśli nie muszą iść do pracy. Ja się budzę. Ale w końcu nikt nigdy nie mówił, że ze mną jest wszystko w porządku :)

Zmierzam więc na zakupy. Jeżyce już wstały. Szare chmury wiszą nad kamienicami, ale okoliczni koneserzy Chateau de Jabol tkwią dzielnie na swoich posterunkach pod monopolowym. Ulicami przemykają babcie, dzierżąc w dłoniach reklamówki z Biedronki. Na ulicy hałasuje śmieciarka, dzikie gołębie taplają się w kałuży czegoś, co niebezpiecznie przypomina jakieś ludzkie wydzieliny. No, sielanka.
W tych to uroczych okolicznościach przyrody, drogę zastępuje mi pewien nieznajomy Pan, odziany - egzotycznie jak na Jeżyce - od stóp do głów w jeans. Teatralnym gestem chwyta się za serce i, skłaniając lekko głowę, wykrzykuje:
- Witam, piękno wcielone w naturę...!

"Piękno wcielone" niniejszym oniemiało.

piątek, 24 sierpnia 2012

zbiory i żniwa

Zdarzyło mi się wczoraj spacerować przez Jeżyce porą już bardzo wieczorową.
Czuje się wtedy doskonale oddech tej dzielnicy - czasami mocno nieświeży, czasem pachnący całodobową kwiaciarnią na Rynku. Jakaś nastolatka całuje się przez okno z młodym, na pierwszy rzut oka rodowodowym, tubylcem. Ktoś na poddaszu kamienicy nieznośnie fałszuje początek "Ave Maria" Gounoda, rzępoląc na czymś bliżej nieokreślonym. Z otwartego okna "Wawrzynka" słychać dziewczynę, rozmawiającą po hiszpańsku z prędkością katarynki... Cała masa opowieści. Najbardziej zastanowiło mnie jednak to, co zobaczyłam na Rynku.

Przechodząc obok, odruchowo spojrzałam w stronę straganów, o tej porze ciemnych i trochę upiornych. Widocznie tylko ja poczułam się dość nieswojo, bo jakaś starsza parka żwawo kręciła się po Rynku, schylając pod stołami. Kobitka wreszcie zawołała do swego towarzysza gromko:
- Stasiek! Znalazłam pomidora!

Freeganizm. Tylko taki smutny, jeżycki.

niedziela, 19 sierpnia 2012

na straganie, w dzień targowy


Targ Jeżycki był wydarzeniem, organizowanym przez Centrum Innowacji Społecznej SIC! Ogólnie rzecz biorąc, ich celem jest budowanie spójnej struktury społecznej wśród mieszkańców osiedli (szczegóły dla dociekliwych tutaj). Ideą Targu była wymiana rzeczy, które sa juz nam niepotrzebne na coś innego -  bezgotówkowo, coś za coś. Zrobiłam zatem szybkie przeszukanie swoich rzeczy. Parę sztuk biżuterii, której na pewno już nie założę, kilka książek, których na pewno już do ręki nie wezmę - i ruszamy. Głównie w celach obserwacji.

no to rozkręcamy imprezę :)

Zaskoczyła mnie naprawdę spora frekwencja. Były zarówno młode dziewczyny, tatusiowie w średnim wieku, jak i starsze panie. Z głośników leciały przeboje biesiadno-weselne,a organizatorzy częstowali gzikiem i ogórkiem. Bezzębni i wstawieni mieszkańcy Jeżyc tańczyli bez żenady na samym środku przejścia. Ciężko też czasami było się wymienić - bo co, jeżeli oferujesz książki, a pani, od której chcesz spódnicę, zupełnie nic nie czyta? 

Mała dziewczynka wymieniła u mnie małe, różowe kolczyki na bransoletkę. Choć ich nie założę pewnie nigdy, było mi miło patrzeć, jak bardzo cieszy się z nowego gadżetu. Bo chyba miała to być zabawa. Dlatego bardzo nie podobało mi się, że niektórzy próbowali zrobić na tym interes. Dziewczyny na stoisku obok na samym początku zapowiedziały, że u nich wszystko jest za 5 złotych. Chyba nawet nie udawały, że chcą podtrzymać ideę i na coś się wymienić. Sama ostatecznie też sprzedałam jedne korale - z tego względu, że jedna babka bardzo mnie o to prosiła. Bardzo jej się spodobały, a na Targu znalazła się przypadkiem, nie miała nic na wymianę. Zaraz zresztą sama wymieniłam "zarobek" na spódnicę. Więc ostatecznie było bezgotówkowo - chociaż i przy tej okazji ujawniła się pewnego rodzaju chciwość. Babka, której zapłaciłam za spódnicę, nie chciała ode mnie żadnej rzeczy, nic nie było w jej guście. Ok, to przecież normalne, rozumiem. Gorzej, że na koniec uprosiła mnie o korale, które oddałam jej za darmo. Próbuję to jakoś pojąć :)

Z fajnymi, młodymi dziewczynami wymieniłam chustę na kolczyki, kolczyki na kolczyki oraz książkę na... dwie pary kolczyków :) I bardzo mnie cieszyło, że książka została wzięta w obroty od razu, jeszcze na Rynku. Przecież o to chodziło, żeby dać niepotrzebnym rzeczom drugie życie. Nieważne, jaką torebka czy bluzka ma nominalną wartość - dla mnie nie ma żadnej, bo jest bezużyteczna. Mogę za to zyskać coś teoretycznie tańszego, ale bardziej przydatnego. I po co od razu robić z tego wielki biznes?

wszystkie korale zyskały nowych właścicieli

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

niezmiennie

Powroty z daleka tez maja pewna specyfikę. Na przykład taką, że w lodówce pozostała tylko karma dla boskiej strony mojej osoby - a mianowicie: światło :) Co robimy? Idziemy na Rynek, rzecz jasna.
Tam niewiele się zmienia. Pan ze smyczami stoi, jak stał. Dziś zakupiłam, zgodnie z daną sobie obietnicą, smycz markową Wyższej Szkoły Gastronomii i Hotelarstwa w kolorze granatowym. Pan powiedział, że specjalnie wybierze dla mnie taka niezniszczoną i najładniejszą.
A na Rynku...? Feeria barw, morze zapachów. Pomidory za dwa złote, róże za złotówkę. Jabłka "słodkie i twarde, ale tak, że zęby można zostawić" (cytat dosłowny). Podczas zakupów u "mojego" Pana, przytaśtała się jakaś taka starsza babcia i zaczęła wnosić ochy i achy nad kapustą. Po czym zreflektowała się, że takie wielkiej główki, to ona nijak nie dźwignie, mając 1,50 m i chodząc o kulach. Zaproponowałam zatem, że odniosę jej tę kapustę do domu, jeśli chce. Pani się uśmiechnęła i podziękowała - powiedziałą, że kupi pół i sama doniesie. Szkoda w zasadzie, że nie chciała pomocy. Na pewno opowiedziałaby mi jakąś fajną historię, starsze babusie mają takie skłonności. Natomiast właściciel stoiska powiedział, że on owszem, chętnie pomoc przyjmie i czeka na mnie o 15.30, kiedy trzeba będzie ładować skrzynki do samochodu :)

I smaczek - kłótnia przy stoisku owocowym:
- Co się Pan tak pcha, taki gruby, tu kolejka jest, my tu stoimy, Pan się wciska z tym tłustym brzuchem...!
- No i dlaczego mnie Pani obraża, że gruby? Pani jest niekulturalna, tak się nie mówi do obcych ludzi.
- (Pani zapowietrzona) A bo to... Bo to... riposta taka była!!!

sobota, 21 lipca 2012

zakaz handlu

Taka mnie refleksja złapała dzisiejszego poranka...

Na Kraszewskiego minęłam dziś śniadoskórego, żebrzącego człowieka. Klęczał na chodniku, w ramionach trzymając śpiącego kilkulatka. W niebieskiej baseballówce miał kilka groszy.

Na Rynku stał natomiast starszy już Pan. W ręku trzymał kilka plastikowych długopisów i smycze reklamowe - jak podejrzewam, firm zupełnie przypadkowych. Opierał się ciężko o stoisko z butami i mamrotał pod nosem, zachwalając swój towar. Zauważyłam jednak, że kilka kobiet podeszło do niego i rzeczywiście te smycze kupiło.

Musze przyznać, że Pan Od Smyczy wywarł na mnie kolosalne wrażenie. O ile łatwiej byłoby mu usiąść na jakiejś ryczce, wyłożyć przed siebie czapkę i żebrać o drobniaki. On podjął się rzeczy znacznie trudniejszej - sprzedawania rzeczy teoretycznie bezużytecznych - bo kto z nas kupuje reklamowe długopisy? Jasne, podejrzewam, że zainteresowanie jego asortymentem po części było podyktowane litością, ale to przecież nieważne. Podziwiam Pana Dziadka, za tydzień sama chyba zaszaleję, kupię smycz i będę ją z dumą obnosić przy kluczach.

A żebrak? Był to człowiek stosunkowo młody, w sile wieku. Nie chce oceniać po pozorach, ale wydaje mi się, że bez problemu mógłby podjąć jakąś pracę. Nie wiem, co popycha ludzi do żebrania. Czy jest to naprawdę tak intratne zajęcie? O ile jestem w stanie pojąć jeszcze ludzi ciężko chorych czy naprawdę już wiekowych - o tyle w innym przypadku nie potrafię zrozumieć. Dla mnie to poniżenie. Jest taka starsza Pani, mała, siwa, zgarbiona, z warkoczykiem i prostym fletem. Staje w różnych punktach Starego Miasta i wydmuchuje z tego instrumentu dźwięki bez żadnego ładu i składu, zupełnie przypadkowe. Ale - coś z siebie daje. Nie miałabym oporów, żeby ją poratować groszem. Natomiast nigdy nie wspomagam młodych żebraków.

I na koniec - urzekają mnie kobitki, które ustawiają się na obrzeżach rynku z pojedynczymi bukiecikami kwiatów czy pęczkami szczypiorku. Tak "na dziko", bez wykupionego miejsca. Tym bardziej, że nad ich głowami widnieje malowniczy szyld z napisem "Zakaz handlu" :)
 

koloryt Rynku Jeżyckiego :)

sobota, 30 czerwca 2012

grunt to się ustawić

Tak sobie myślę, że Rynek Jeżycki w sobotę to chyba taki rytuał. Jedna z niewielu rzeczy, od których mogę się uzależnić. Nawet jak lodówkę mam wypchaną jadłem wszelakim, to i tak w sobotę rano idę na spacer na Rynek. Panuje tam świetny klimat i - doprawdy - nie wiem, co zrobię zimą.
Kilka już razy widziałam charakterystycznego, starszego faceta - brudny, ze skołtuniona brodą. Wygląda na bezdomnego. Tym razem jednak facecik nawiązał kontakt.

Stałam w kolejce do jednego ze straganów z owocami, kiedy podszedł i do mnie i cichym, żałosnym, przepraszającym tonem zapytał, czy nie kupiłabym mu czegoś do jedzenia. Dość odruchowo powiedziałam, że nie ma sprawy, po czym po namyśle zapytałam - czy może coś konkretnego. I tu zaczęła się litania. Bo on lubi banany, ale bananów nie może, bo jest bezglutenowcem. Więc może arbuza? On bardzo lubi arbuzy. Tylko, żebym wybrała takiego czerwonego w środku. To znaczy, jakiegokolwiek kupię, taki będzie dobry, ale żeby może tego czerwonego, bo one takie słodkie o tej porze roku. Przyznam szczerze, że nie wiedziałam, czy śmiać się czy co zrobić. Człowiek głodny raczej nie wybrzydza prawda? Ale co tam. Ja od 5 złotych nie zbiednieję, a jak tu odmówić człowiekowi jedzenia (a raczej picia, bo arbuzem to się na długo nie posili). W momencie, kiedy kupowałam facecikowi arbuza, on już miał ugadaną następną osobę w kolejce i obwąchiwał czereśnie :) No, niezły biznes. Może sama się tak ustawię następnym razem.

Zresztą. Niech mu będzie na zdrowie :)

sobota, 16 czerwca 2012

sezon na czereśnie

Typowa sobota na Rynku Jeżyckim. Wszyscy robią zakupy. Jednocześnie.

Łażę więc między straganami, z prawej i lewej atakują góry dobra owocowo-warzywnego. Myślę sobie: „No tak, czerwiec, ciepło, słońce, Euro (nie pytajcie mnie, jaki to ma związek, ale teraz wszystko ma związek z Euro) – należałoby nabyć czereśnie. Drogą kupna".
Rodzajów mnóstwo. „Krajowe”. „Sercówki”. „Słodkie”. „Bardzo słodkie”. Wreszcie trafiłam na taki, które bez wątpienia będą mi smakować.

empirycznie sprawdzone - rzeczywiście nie było :)