Przyrzekłam sobie kiedyś solennie, że - choćby nie wiem co - nie będę gonić za uciekającym tramwajem. Co to, to nie! Tramwaj może sobie co najwyżej gonić za mną, jestem ponad to. Tak właśnie.
Cóż - wiecie czym się kończą złamane obietnice? Tym, że się nie może za bardzo zginać kolana, przykłada się do niego paczkę mrożonego szpinaku i planuje wizytę u ortopedy. Jak jednak pokazuje życie, zwykła podróż do lekarza może spowodować, że spotkamy na swej drodze kogoś niezapomnianego...
- No nareszcie widzę porządnie ubraną kobietę! - usłyszałam, stojąc jedną nogą na Teatralce (stwierdzenie bardzo dosłowne) i czekając na dwunastkę. Lekko zawiany i odrobinę nieświeży starszy Pan przystanął półtora metra ode mnie i oddał się wnikliwej kontemplacji mojej długiej spódnicy, którą wiatr zamienił raczej w coś na kształt flagi, powiewającej na wietrze w jakieś narodowe święto. - Pani pozwoli, ze się jeszcze napatrzę, Pani tak ślicznie wygląda... Zapytam jeszcze: czy ON o tym wie...?
Pan sprawiał wrażenie nieszkodliwego, nie padło z jego ust żadne sakramentalne "Kierowniczko, poratuje Pani złotóweczką?", nic z tych rzeczy. Moje wątpliwości rozwiało zaś już całkowicie gorzkie stwierdzenie, że czasami człowiek musi nauczyć się żyć samotnie. Pan po prostu potrzebował rozmowy.
- Ja się dziś trochę upiłem, za co bardzo Panią przepraszam. - wyznał w pewnym momencie Pan z pewną dozą nieśmiałości - Ale tak sobie myślę - a, podejdę i powiem. Najwyżej w pysk dostanę, co mi zależy. Mam już 71 lat, jestem bezdomny, ogolić bym się musiał... Hanka, moja żona (ona odeszła, już nie żyje) mi zawsze co prawda mówiła: Ja to lubię, kiedy ty mnie tak tą brodą wygłaskasz. Ale teraz to jest inaczej.
W tym momencie pragnę stwierdzić, że tramwaj linii 12 nie ma za grosz empatii i litości. Brutalnie wjechał w sam środek konwersacji i przerwał kiełkującą przyjaźń. Wtaczałam się do niego powoli, kiedy doleciało do mnie jeszcze:
- To niech Panie JEMU powie, ze Pani dziś miała absztyfikanta na mieście!
Oj tam zaraz... Wszystkim się pochwalę, a co!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tramwaj. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tramwaj. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 28 maja 2015
środa, 22 kwietnia 2015
Cogito ergo cośtam
Kilka razy zadano mi już pytanie - czy to wszystko, co piszę, jest najprawdziwszą prawdą czy też fikcją literacką. Zdaję sobie sprawę z tego, że tak całkowicie normalna nie jestem oraz tego, że wyobraźnię mam bujną co najmniej jakbym była dzieckiem Ani z Zielonego Wzgórza w ostatnim stadium mitomanii i któregoś z braci Grimm (być może obu), aaale nie. To wszystko prawda, choć czasami chyba wolelibyśmy, żeby to jednak był wytwór mojej fantazji.
Na przykład teraz.
Trafiłam ostatnio w tramwaju na dwójkę nastolatków, wracających według wszelkiego prawdopodobieństwa z IKEA. Młodzież płci obojga przycupnęła sobie w tramwajowym odwłoku przy oknie i oddała się żywej konwersacji. O mnie można było tego dnia powiedzieć, że jestem co najwyżej półżywa, co dobitnie dowodzi, że wcale nie podsłuchiwałam specjalnie! Pełzające ruchy reszty zawartości tramwaju ustawiły mnie akurat w tamtym kierunku. Zupełny przypadek, słowo harcerza!
Młodzież była jeszcze ucząca się, co wydedukowałam zgrabnie z tematyki rozmowy. Mianowicie - rzecz była o lekturze szkolnej. Jakżeż ciekawe musiało być owo dzieło, skoro dziewczę posunęło się do stwierdzenia:
- No, podobała mi się ta książka. Generalnie to podobała mi się tak bardzo, że przeczytałam całe streszczenie, a miało aż 50 stron!
Aż się ożywiłam. Byłam nawet bliska tego, żeby podpytać o tytuł woluminu, bo kto wie? Pewnie straciłam w życiu niejedno świetne streszczenie...! Tajemnica ta przepadła jednak na wieki, albowiem w tym właśnie momencie zostałam zaskoczona tak głęboką myślą, że gdybym miała na czym, to z pewnością przysiadłabym z wrażenia:
- Ja się nie będę w ogóle uczyć o tych wszystkich filozofach. - ciągnęło dziewczę niezrażone - No bo zobacz, jak ich poznam, to będę się potem sugerować. A skąd wtedy będę wiedziała, kiedy sama coś mądrego wymyślę...?
Fakt. To Ci by było zaskoczenie...
[P.S. Nigdy w życiu nie byłam harcerzem ;)]
Na przykład teraz.
Trafiłam ostatnio w tramwaju na dwójkę nastolatków, wracających według wszelkiego prawdopodobieństwa z IKEA. Młodzież płci obojga przycupnęła sobie w tramwajowym odwłoku przy oknie i oddała się żywej konwersacji. O mnie można było tego dnia powiedzieć, że jestem co najwyżej półżywa, co dobitnie dowodzi, że wcale nie podsłuchiwałam specjalnie! Pełzające ruchy reszty zawartości tramwaju ustawiły mnie akurat w tamtym kierunku. Zupełny przypadek, słowo harcerza!
Młodzież była jeszcze ucząca się, co wydedukowałam zgrabnie z tematyki rozmowy. Mianowicie - rzecz była o lekturze szkolnej. Jakżeż ciekawe musiało być owo dzieło, skoro dziewczę posunęło się do stwierdzenia:
- No, podobała mi się ta książka. Generalnie to podobała mi się tak bardzo, że przeczytałam całe streszczenie, a miało aż 50 stron!
Aż się ożywiłam. Byłam nawet bliska tego, żeby podpytać o tytuł woluminu, bo kto wie? Pewnie straciłam w życiu niejedno świetne streszczenie...! Tajemnica ta przepadła jednak na wieki, albowiem w tym właśnie momencie zostałam zaskoczona tak głęboką myślą, że gdybym miała na czym, to z pewnością przysiadłabym z wrażenia:
- Ja się nie będę w ogóle uczyć o tych wszystkich filozofach. - ciągnęło dziewczę niezrażone - No bo zobacz, jak ich poznam, to będę się potem sugerować. A skąd wtedy będę wiedziała, kiedy sama coś mądrego wymyślę...?
Fakt. To Ci by było zaskoczenie...
[P.S. Nigdy w życiu nie byłam harcerzem ;)]
piątek, 16 stycznia 2015
Syn marnotrawny
Zanim zacznę historię właściwą - dygresja: nie uważacie, że w tramwaju powinna być specjalna strefa dla tych, którzy czytają książki? Jakaś ławeczka, podpórki, cokolwiek. Miałam ostatnio do czynienia z jednym książkowym cyklem i pochłonął mnie on do tego stopnia, że zaczęłam czytać w tramwaju - i to mimo choroby lokomocyjnej.
Nie, to nie Harlequiny.
W każdym razie uwiesiłam się wówczas jedną ręką na trzymadełku przy szybie, książkę oparłam drugą na najbliższym oparciu i - równoważąc kołysanie tramwaju umiejętnym balansowaniem wypełnioną torbą - jechałam sobie w najlepsze do pracy. W rzędzie siedzisk, przy którym stałam, siedzieli natomiast kolejno: dziecko, mama i drugie dziecko, płci męskiej, zwane Dominikiem. Dziecko owo zabawiało się w czasie jazdy grzebaniem w nosie i rozmazywaniem znalezisk na szybie. Słodziak.
Dramat zaczął się w momencie, w którym rzeczony Dominik (lat ze cztery na oko, ubogi zasób słownictwa, ograniczający się do "alo" [telefon komórkowy - przyp. tłum.] i "mama" [mama - przyp. tłum]) postanowił stać na siedzeniu, a jego rodzicielka absolutnie się temu sprzeciwiła. Dzieciak najpierw matkę uszczypnął, a kiedy powiedziała mu, że boli - plunął jej prosto w twarz.
Zatkało mnie.
Nie wyobrażam sobie nawet, jak przykro i wstyd musiało być tej kobiecie. Nastąpiła seria krzyków, z której widzowie dowiedzieli się, że Dominik ma zakaz na telewizję i zabawki. W małolacie ruszyło się chyba w końcu sumienie i nieśmiało spróbował nawiązać kontakt, wołając mamę. W odpowiedzi usłyszał:
- Od dzisiaj nie masz już mamy!
A mnie zatkało po raz drugi.
Nie, to nie Harlequiny.
W każdym razie uwiesiłam się wówczas jedną ręką na trzymadełku przy szybie, książkę oparłam drugą na najbliższym oparciu i - równoważąc kołysanie tramwaju umiejętnym balansowaniem wypełnioną torbą - jechałam sobie w najlepsze do pracy. W rzędzie siedzisk, przy którym stałam, siedzieli natomiast kolejno: dziecko, mama i drugie dziecko, płci męskiej, zwane Dominikiem. Dziecko owo zabawiało się w czasie jazdy grzebaniem w nosie i rozmazywaniem znalezisk na szybie. Słodziak.
Dramat zaczął się w momencie, w którym rzeczony Dominik (lat ze cztery na oko, ubogi zasób słownictwa, ograniczający się do "alo" [telefon komórkowy - przyp. tłum.] i "mama" [mama - przyp. tłum]) postanowił stać na siedzeniu, a jego rodzicielka absolutnie się temu sprzeciwiła. Dzieciak najpierw matkę uszczypnął, a kiedy powiedziała mu, że boli - plunął jej prosto w twarz.
Zatkało mnie.
Nie wyobrażam sobie nawet, jak przykro i wstyd musiało być tej kobiecie. Nastąpiła seria krzyków, z której widzowie dowiedzieli się, że Dominik ma zakaz na telewizję i zabawki. W małolacie ruszyło się chyba w końcu sumienie i nieśmiało spróbował nawiązać kontakt, wołając mamę. W odpowiedzi usłyszał:
- Od dzisiaj nie masz już mamy!
A mnie zatkało po raz drugi.
poniedziałek, 28 lipca 2014
Na białym koniu
Kto z Was pamięta wierszyk Tuwima o wdzięcznym tytule Lokomotywa? Podejrzewam, że w tym momencie, gdzieś w Internecie podniósł się wirtualny las rąk. Dobrze.
Od pewnego czasu czuję, że utwór ten stał się niebezpiecznie tożsamy z moim życiem. Wprost podejrzanie się z nim identyfikuję. A konkretniej, chodzi o fragment:
Puff - jak gorąco!
Uff - jak gorąco!
Płynny ołów, lejący się z nieba, ma też niebagatelny wpływ na bytność i niebytność rodzaju ludzkiego na ulicach. W niedzielę, w godzinach popołudniowych, wlokłam się na ten przykład (jak żółw ociężale: Tuwim dobry na każdą okazję!) do domu i co? I nic właśnie! Ani żywej duszy na ulicy! Miasto wzięło i zdechło. Ciut inaczej jest w środku tygodnia, kiedy w zatłoczonych i gorących tramwajach tłoczą się i pocą chyba wszyscy. I taka też to będzie historia.
Zazwyczaj w tramwaju separuję się od świata i zakładam muzykę na uszy. Kiedy jednak dzisiaj wracałam do domu w skwarze i niewydolnej, tramwajowej klimatyzacji, doszłam do wniosku, że to będzie cokolwiek o jeden bodziec za dużo dla roztopionego mózgu. Dzięki temu dane mi było podsłuchać poniższą rozmowę telefoniczną pewnego Pana.
- No, mówię Ci, to jest proste jak świński ogon (hmm... ok, z biologią to i może byłam zawsze trochę na bakier, ale wydawało mi się, że świńskie ogony... zresztą, nieważne). Świat jest zidiociały! Zalewa nas potok debilizmu. I wiesz, co w takim świecie trzeba? Trzeba być jak rycerz! Z otwartą przyłbicą kroczyć pośród idiotów! Nie dać się opluwać! Być nieczułym na kopniaki (no, to nietrudne, kiedy ma się zbroję)! Rycerstwo przeciwstawić kretyństwu...!
Racja li to, Mościa Państwo?
Azaliż?
Od pewnego czasu czuję, że utwór ten stał się niebezpiecznie tożsamy z moim życiem. Wprost podejrzanie się z nim identyfikuję. A konkretniej, chodzi o fragment:
Puff - jak gorąco!
Uff - jak gorąco!
Płynny ołów, lejący się z nieba, ma też niebagatelny wpływ na bytność i niebytność rodzaju ludzkiego na ulicach. W niedzielę, w godzinach popołudniowych, wlokłam się na ten przykład (jak żółw ociężale: Tuwim dobry na każdą okazję!) do domu i co? I nic właśnie! Ani żywej duszy na ulicy! Miasto wzięło i zdechło. Ciut inaczej jest w środku tygodnia, kiedy w zatłoczonych i gorących tramwajach tłoczą się i pocą chyba wszyscy. I taka też to będzie historia.
Zazwyczaj w tramwaju separuję się od świata i zakładam muzykę na uszy. Kiedy jednak dzisiaj wracałam do domu w skwarze i niewydolnej, tramwajowej klimatyzacji, doszłam do wniosku, że to będzie cokolwiek o jeden bodziec za dużo dla roztopionego mózgu. Dzięki temu dane mi było podsłuchać poniższą rozmowę telefoniczną pewnego Pana.
- No, mówię Ci, to jest proste jak świński ogon (hmm... ok, z biologią to i może byłam zawsze trochę na bakier, ale wydawało mi się, że świńskie ogony... zresztą, nieważne). Świat jest zidiociały! Zalewa nas potok debilizmu. I wiesz, co w takim świecie trzeba? Trzeba być jak rycerz! Z otwartą przyłbicą kroczyć pośród idiotów! Nie dać się opluwać! Być nieczułym na kopniaki (no, to nietrudne, kiedy ma się zbroję)! Rycerstwo przeciwstawić kretyństwu...!
Racja li to, Mościa Państwo?
Azaliż?
wtorek, 25 marca 2014
Mowa ciała
Spoko.
Jestem, żyję, nie umarłam. To znaczy do tego ostatniego to mam teraz całkiem blisko za sprawą wyjątkowo uroczego wirusa (na pewno ma macki, czuję to). Lekarz zaserwował mi przymusowe zwolnienie lekarskie, znane jednakowoż pod kryptonimem: "Wreszcie Będziesz Mieć Czas Napisać Coś na Blogu". Pociągając więc nosem, z gardłem, z którego nie wydobywa się żaden dźwięk - piszę! Co prawda klawisze przyciskam głównie siłą woli i bardzo pojedynczo, ale wielkość zawsze rodzi sie w bólach. Co też z pokorą przyjmuję :)
Mój marcowy brak czasu związany jest pośrednio z faktem, że jakiś czas temu strzeliło mi do głowy, aby trochę się jeszcze podokształcać. Dokształcanie ma to do siebie, że zawsze kończy się w poniedziałki po 21, pomiędzy jednym tramwajem a drugim. Stoję wówczas jak kupka nieszczęścia na przystanku i usilnie wpatruję się w ten punkt przestrzeni, z którego nadjechać ma wehikuł MPK, wierząc głęboko, że tym go przywołam.
Właściwie to, jak się głębiej zastanowić, zawsze przyjeżdża. Prędzej czy później.
A więc daje to jeszcze większą wiarę w moje supermoce :)
Nie dalej jak dwa tygodnie temu, oczekując na tramwaj, namierzyłam na przystanku młodego chłopaka, nagabywanego przyjaźnie przez pewnego kolesia w stanie wskazującym. Oczywiście - prawie oplułam się z ciekawości. Zwinnym, prawie niedostrzegalnym ruchem wyjęłam słuchawki z uszu i od niechcenia zaczęłam powoli, ale skutecznie kierować się na cel, podkręcając jednocześnie czułość wyłapywania fal dzwiękowych do oporu. Niestety, rozmowa toczona była zbyt konfidencjonalnym szeptem - wyłapałam tylko słowa "kobieta" i "życie". I o ile mnie intuicja nie myli, rzecz nie dotyczyła popularnych, kobiecych czasopism.
Niepocieszona wczłapałam do tramwaju, przeklinając pod nosem postępującą głuchotę (nie noście słuchawek dokanałowych, bo też tak skończycie!). Niespodziwanie jednak, los okazał się dla mnie łaskawy! Wstawiony nagabywacz z przystanku porzucił bowiem w pewnym momencie swą ofiarę i powodowany znanym tylko sobie impulsem. stanął w pozie proroczej. W obie swe dłonie chwycił tramwajowe rurki i donośnym głosem zapytał:
- Kto z Państwa ma dosyć sztuczności w życiu?
Nie udało mi się powstrzymać uśmiechu, zwłaszcza, że naprzeciwko mnie kielczył się już chłopak z przystanku. Spróbowałam ruchem ninja ukryć mordkę w szalu, ale było za późno. Trajektoria usmiechu lekko skręciła, zrykoszetowała i efektem jej był Prorok, moszczący się na siedzeniu naprzeciwko mnie.
- Pani się uśmiechnęła. Ma Pani piękny uśmiech, taka szczera kobieta. Rzadko takie spotykam.
- Ale kogo? Szczere kobiety?
- Nawet nie. Szczere uśmiechy u szczerych ludzi. Dziękuję!
Ależ proszę bardzo! Wychodzi na to, że w moim życiu nie ma sztuczności.
A przynajmniej szczerzę się szczerze :)
Jestem, żyję, nie umarłam. To znaczy do tego ostatniego to mam teraz całkiem blisko za sprawą wyjątkowo uroczego wirusa (na pewno ma macki, czuję to). Lekarz zaserwował mi przymusowe zwolnienie lekarskie, znane jednakowoż pod kryptonimem: "Wreszcie Będziesz Mieć Czas Napisać Coś na Blogu". Pociągając więc nosem, z gardłem, z którego nie wydobywa się żaden dźwięk - piszę! Co prawda klawisze przyciskam głównie siłą woli i bardzo pojedynczo, ale wielkość zawsze rodzi sie w bólach. Co też z pokorą przyjmuję :)
Mój marcowy brak czasu związany jest pośrednio z faktem, że jakiś czas temu strzeliło mi do głowy, aby trochę się jeszcze podokształcać. Dokształcanie ma to do siebie, że zawsze kończy się w poniedziałki po 21, pomiędzy jednym tramwajem a drugim. Stoję wówczas jak kupka nieszczęścia na przystanku i usilnie wpatruję się w ten punkt przestrzeni, z którego nadjechać ma wehikuł MPK, wierząc głęboko, że tym go przywołam.
Właściwie to, jak się głębiej zastanowić, zawsze przyjeżdża. Prędzej czy później.
A więc daje to jeszcze większą wiarę w moje supermoce :)
Nie dalej jak dwa tygodnie temu, oczekując na tramwaj, namierzyłam na przystanku młodego chłopaka, nagabywanego przyjaźnie przez pewnego kolesia w stanie wskazującym. Oczywiście - prawie oplułam się z ciekawości. Zwinnym, prawie niedostrzegalnym ruchem wyjęłam słuchawki z uszu i od niechcenia zaczęłam powoli, ale skutecznie kierować się na cel, podkręcając jednocześnie czułość wyłapywania fal dzwiękowych do oporu. Niestety, rozmowa toczona była zbyt konfidencjonalnym szeptem - wyłapałam tylko słowa "kobieta" i "życie". I o ile mnie intuicja nie myli, rzecz nie dotyczyła popularnych, kobiecych czasopism.
Niepocieszona wczłapałam do tramwaju, przeklinając pod nosem postępującą głuchotę (nie noście słuchawek dokanałowych, bo też tak skończycie!). Niespodziwanie jednak, los okazał się dla mnie łaskawy! Wstawiony nagabywacz z przystanku porzucił bowiem w pewnym momencie swą ofiarę i powodowany znanym tylko sobie impulsem. stanął w pozie proroczej. W obie swe dłonie chwycił tramwajowe rurki i donośnym głosem zapytał:
- Kto z Państwa ma dosyć sztuczności w życiu?
Nie udało mi się powstrzymać uśmiechu, zwłaszcza, że naprzeciwko mnie kielczył się już chłopak z przystanku. Spróbowałam ruchem ninja ukryć mordkę w szalu, ale było za późno. Trajektoria usmiechu lekko skręciła, zrykoszetowała i efektem jej był Prorok, moszczący się na siedzeniu naprzeciwko mnie.
- Pani się uśmiechnęła. Ma Pani piękny uśmiech, taka szczera kobieta. Rzadko takie spotykam.
- Ale kogo? Szczere kobiety?
- Nawet nie. Szczere uśmiechy u szczerych ludzi. Dziękuję!
Ależ proszę bardzo! Wychodzi na to, że w moim życiu nie ma sztuczności.
A przynajmniej szczerzę się szczerze :)
środa, 13 listopada 2013
Ludzkie ciepło
Nie pamiętam już, kiedy ostatnio poszłam sobie po prostu połazić po moim ulubionym fyrtlu, posłuchać, co w spojeniach bruku piszczy (choć to może być lekko niehigieniczne) i obczaić, czy ubyło lumpeksów. Wyjaśnienie jest dość logiczne: jak wstaję rano jest ciemno, jak wieczorem wracam do domu - tak samo. Czyli nie ma dnia i życie jest głównie nocne, co jest o tyle zastanawiające, że nie zauważyłam, żebym wyewoluowała w sowę. Ewentualnie tapira.
Głęboką, ciemną, mroczną nocą - około godziny 19.30 - leciałam wczoraj na tramwaj. Tramwaje - od kiedy Teatralka powiedziała, że ma w szynach wzmożony ruch uliczny i postanowiła się rozkraczyć - występują w Poznaniu, jak wiemy, masowo pod postacią autobusów zastępczych. Przykładowo, tramwaj-autobus, o którym mowa, staje na Rynku Jeżyckim i kieruje się w stronę Starego Miasta.
(Dygresja: Jak to jest, że rzeczy są równocześnie blisko i daleko? Jeżyce to już prawie centrum ale w listopadzie to dystans niczym na Alaskę. Czy tam Smochowice.)
Wypadając zza zakrętu zobaczyłam zwyczajowo tylko kuper wehikułu. Nie zrażając się usiadłam w oczekiwaniu na ławce, podrygując odnóżem dla zabicia czasu. W pewnym momencie mój wzrok zogniskował się na Panu Men... Nie, w sumie nie. To był zwykły facet w wieku ojcowskim, czysty i ogolony. Co jednak nie przeszkadzało mu być totalnie, dokumentnie, w pesteczkę zalanym. Szedł chodnikiem, robiąc przypadkowe kroki w przód, w tył i na boki i coś w środku powiedziało mi, że oto za moment nastąpi Interakcja. Koleś minął moją ławkę, zrobił może ze dwadzieścia metrów i zauważalnie go olśniło. Nie zdążyłam nawet pogratulować sobie intuicji, kiedy przydreptał nazad.
- Ssssssłoneszzzko... Szzzy ja mogę mieć pro-prośbę?
Spodziewając się prawdziwego wachlarza ofert, od pytania prometejskiego (o ogień), przez parę drobnych na "bułkę" aż po poważne i korupcyjne oferty matrymonialne, z pewnym ociąganiem odpowiedziałam twierdząco.
- Bo ja sss pracy wra-wracam. Z kolegą sssobie wypiliśmy. Jak śśświnie. I szzzy ja mogę pop-poprosiśśś. Bo sssam nie trafiam... Szzzy możeszzz mi zap-zapiąć kurtkę?
Eee... Dziwne. Rozejrzałam się wokół - no dobra - ludzie są, w sumie późno nie jest, raczej nic mi nie grozi, a człowiekowi zimno. Podjęłam zatem próbę - ale nic z tego. Pan był lekko na odzienie przygruby, zamek przedziwnie wszyto i się nie udało. W ramach częściowej rekompensaty uśmiechnęłam się krzepiąco, przyznałam rację odnośnie zalet zimna w procesie metabolizmu alkoholu i życzyłam miłego wieczoru.
Pytanie brzmi: co mi do głowy strzeliło, żeby pomagać jakiemuś facetowi? To trochę narwane, fakt, ale i dość proste. Uważam, że karma to suka i się mści. A nie chciałabym, żeby ktoś odmówił mi kiedyś zapięcia kurtki, kiedy będę wracała pijana do domu.
Nie no, żartuję oczywiście.
Nie mam kurtki, mam płaszcz :)
wtorek, 16 lipca 2013
Belka w oku
Jestem wstrętnym, niedobrym, okropnym wręcz podsłuchiwaczem.
Na szczęście - dla szeroko pojętej ludzkości - teraz mam trochę mniej okazji, bo poruszam się raczej jednośladem (co zresztą czyni ze mnie wyizolowaną indywidualistkę). Kiedy jednak okazja się nadarza, wykorzystuję ją do cna - do cna!
Chociaż z drugiej strony - podsłuchuję przecież tylko w miejscach publicznych.
Właśnie.
Ona (młoda pasażerka tramwaju): No ja pierdolę. No kurwa mać, to w ogóle bez sensu jest.
On (młody towarzysz rzeczonej pasażerki tramwaju): Tej, weź nie przeklinaj, wieśniaro! Ja wiem, że Cię to wkurza, ale to jest miejsce publiczne, ono się rządzi swoimi prawami! Nie można tak wulgarnie, tu są inni ludzie, co Ty sobie wyobrażasz!. Mi to przeszkadza, drażni mnie taki język. I mogę się założyć, że wielu ludzi też. Mówię Ci, uważaj, bo jeszcze Ci ktoś kiedyś wstanie i przyjebie.
Ups.
Na szczęście - dla szeroko pojętej ludzkości - teraz mam trochę mniej okazji, bo poruszam się raczej jednośladem (co zresztą czyni ze mnie wyizolowaną indywidualistkę). Kiedy jednak okazja się nadarza, wykorzystuję ją do cna - do cna!
Chociaż z drugiej strony - podsłuchuję przecież tylko w miejscach publicznych.
Właśnie.
Ona (młoda pasażerka tramwaju): No ja pierdolę. No kurwa mać, to w ogóle bez sensu jest.
On (młody towarzysz rzeczonej pasażerki tramwaju): Tej, weź nie przeklinaj, wieśniaro! Ja wiem, że Cię to wkurza, ale to jest miejsce publiczne, ono się rządzi swoimi prawami! Nie można tak wulgarnie, tu są inni ludzie, co Ty sobie wyobrażasz!. Mi to przeszkadza, drażni mnie taki język. I mogę się założyć, że wielu ludzi też. Mówię Ci, uważaj, bo jeszcze Ci ktoś kiedyś wstanie i przyjebie.
Ups.
wtorek, 11 czerwca 2013
Zapytanie ofertowe
Oświecona prawda jeżycka #37: Kupując afrykańskie kalesony od Cygana nie możesz liczyć na to, że ktoś uzna Cię za moralnego patriotę.
Gna mnie dzisiaj do Warszawy. Jak to mówią poznańscy autochtoni, Warszawa to takie miejsce w Azji, na wschód od Konina. Dzielnie więc zmierzam tramwajem w stronę dworca, dumając przy okazji, jaka to warszawska dzielnica mogłaby być odpowiednikiem Jeżyc (myślę, że Praga), kiedy moje rozważania przerywają rozważania kogoś innego, prowadzone dla odmiany na głos. No dobra. Przy Rynku Jeżyckim do wagonu wkracza pan starszy, który głośno obwieszcza swoje żale urbi et orbi. Znaczy się, głównie do siebie.
- Co się dzieje z tymi ludźmi, ze światem. Zwykłe kalesony przecież kupuję, zwykłe na metr siedemdziesiąt. a tu co to za uczciwość. Wracam do domu - numer za małe. Odnoszę jej, a ona, że się rozciągną. To nie ludzie sprzedają, tylko Cyganie... Za tydzień idę, to mi dała numer za duże! No co to za produkcja. Afrykańska produkcja!
(stopklatka: Umysł mój, lekko zwichrowany, wyciągnął z czeluści obraz szlachetnych przedstawicieli wspaniałego narodu kenijskiego, obnoszących dumnie barchanowe majtasy. Imponująca wizja... Ale o czym to ja...? A, tak.)
- Afrykańska produkcja! Cyganie sprzedający afrykańskie kalesony! To ja nie wiem, oni chcą sprzedawać, czy nie chcą sprzedawać? Nic już moralności nie zostało w ludziach, żadnych patriotów nie ma. Mają po 150 certyfikatów, a żadnego z uczciwości. A przecież wiadomo - kto jest moralny i uczciwy, to sto razy zyskuje. No czy jest na świecie lepsza oferta?
No jest?
No nie ma.
Gna mnie dzisiaj do Warszawy. Jak to mówią poznańscy autochtoni, Warszawa to takie miejsce w Azji, na wschód od Konina. Dzielnie więc zmierzam tramwajem w stronę dworca, dumając przy okazji, jaka to warszawska dzielnica mogłaby być odpowiednikiem Jeżyc (myślę, że Praga), kiedy moje rozważania przerywają rozważania kogoś innego, prowadzone dla odmiany na głos. No dobra. Przy Rynku Jeżyckim do wagonu wkracza pan starszy, który głośno obwieszcza swoje żale urbi et orbi. Znaczy się, głównie do siebie.
- Co się dzieje z tymi ludźmi, ze światem. Zwykłe kalesony przecież kupuję, zwykłe na metr siedemdziesiąt. a tu co to za uczciwość. Wracam do domu - numer za małe. Odnoszę jej, a ona, że się rozciągną. To nie ludzie sprzedają, tylko Cyganie... Za tydzień idę, to mi dała numer za duże! No co to za produkcja. Afrykańska produkcja!
(stopklatka: Umysł mój, lekko zwichrowany, wyciągnął z czeluści obraz szlachetnych przedstawicieli wspaniałego narodu kenijskiego, obnoszących dumnie barchanowe majtasy. Imponująca wizja... Ale o czym to ja...? A, tak.)
- Afrykańska produkcja! Cyganie sprzedający afrykańskie kalesony! To ja nie wiem, oni chcą sprzedawać, czy nie chcą sprzedawać? Nic już moralności nie zostało w ludziach, żadnych patriotów nie ma. Mają po 150 certyfikatów, a żadnego z uczciwości. A przecież wiadomo - kto jest moralny i uczciwy, to sto razy zyskuje. No czy jest na świecie lepsza oferta?
No jest?
No nie ma.
piątek, 31 maja 2013
To nie ludzie - to wilki!
Nie, żeby za często, ale czasami w przyrodzie występuje coś takiego jak całkowicie wolny piątek. Bez powinności, zobowiązań, planów i tak dalej.
Teraz, kiedy kwitną akacje i chodzenie po Jeżycach jest czystą przyjemnością - lekko alergiczną, ale wciąż jednak przyjemnością - to aż niemożliwe nie wykorzystać takiego właśnie wolnego piątku na spacer (truskawek na Jeżyckim zatrzęsienie, choć, niestety, wciąż jeszcze dość kosztowne).
Dospacerowałam zatem do Rynku i tam przetarłam oczy ze zdumienia. Albowiem ukazał się im taki oto widok:
Proszę Państwa, oto Miś.
Pomyślałam sobie w pierwszym porywie, że siedząca obok staruszka zakupiła go pewnie dla swych wnucząt czy coś, a teraz dźwignąć nie może. Ha! Otóż nie! Kiedy wracałam tamtędy jakieś dwie godziny później, Miś jak siedział, tak siedział, a obok zmienił się tylko zestaw seniorek i nestorów.
Znaczy Misio bezpański.
Więc podeszłam bliżej, przyjrzeć się. No wszystko gra - zdrowy i sprawny jak się patrzy. Dlaczego ktoś wystawił go na przystanek, chociaż jeszcze jest całkiem dobry? Jak tak można, pytam się? Samotny i odrzucony... A przecież nawet oczko mu się nie odlepiło!
Temu Misiu.
Teraz, kiedy kwitną akacje i chodzenie po Jeżycach jest czystą przyjemnością - lekko alergiczną, ale wciąż jednak przyjemnością - to aż niemożliwe nie wykorzystać takiego właśnie wolnego piątku na spacer (truskawek na Jeżyckim zatrzęsienie, choć, niestety, wciąż jeszcze dość kosztowne).
Dospacerowałam zatem do Rynku i tam przetarłam oczy ze zdumienia. Albowiem ukazał się im taki oto widok:
![]() |
| Za jakość przepraszam uprzejmie. Starałam się zrobić skrytozdjęcie. |
Proszę Państwa, oto Miś.
Pomyślałam sobie w pierwszym porywie, że siedząca obok staruszka zakupiła go pewnie dla swych wnucząt czy coś, a teraz dźwignąć nie może. Ha! Otóż nie! Kiedy wracałam tamtędy jakieś dwie godziny później, Miś jak siedział, tak siedział, a obok zmienił się tylko zestaw seniorek i nestorów.
Znaczy Misio bezpański.
Więc podeszłam bliżej, przyjrzeć się. No wszystko gra - zdrowy i sprawny jak się patrzy. Dlaczego ktoś wystawił go na przystanek, chociaż jeszcze jest całkiem dobry? Jak tak można, pytam się? Samotny i odrzucony... A przecież nawet oczko mu się nie odlepiło!
Temu Misiu.
piątek, 29 marca 2013
Wielkanocne orędzie
Wydaje mi się, że mam jakąś szczerą, słowiańską, wzbudzajacą zaufanie twarz. Jak inaczej wytłumaczyć skłonność starszych pań do zagadywania mnie w tramwaju?
Wracam z pracy, skulona w kąciku siedzenia. Uparcie staram się wierzyć, że z nieba nie pada śnieg, tylko idealnie zmrożona sangria. Trochę pomaga w tym Manu Chao, który wyśpiewuje mi wprost do ucha swoje latynoskie rytmy. Starszej pani, siedzącej obok mnie, nie przeszkadzają jednak takie nowoczesne fanaberie. Stuka mnie w ramię. Więc zdejmuję słuchawki i...
-Dwa chleby kupiłam!
- ???
- No dwa chleby. Wczoraj kupiłam i dzisiaj też bo zapomniałam. A w gości idę. No i kto to zje? Przecież w gości chleba nie zabiorę.
- Hmm... No pewnie nie. Lepiej wziąć ciastka.
- Babkę też kupiłam, kto to zje, ja się pytam? Po świętach jeszcze będzie leżeć. Co to w ogóle za święta? Żeby śnieg padał? Nie było takich już od (tu wstawcie dowolną datę - nie pamiętam dokładnie, ale obstawiam coś pomiędzy stworzeniem pierwszych ludzi, a momentem, kiedy meteoryt niefortunnie pieprznął w ziemię i - zapewne nieintnecjonalnie - wytłukł dinozaury). Zimno, mokro, ślisko. Także stwierdziłam - na co mnie jakaś parada? O, założyłam kozaki. Może nie parada, ale z kożuchem i się nie ślizgają. To dziesiątka?
- (nie nadążam, nie nadążam!) Tak, jedziemy dziesiątką.
- No. Kożuch w środku, najważniejsze!
Także, moi drodzy, pamiętajcie: na co nam jakaś parada? Jajka w kożuchu też wyglądają nieźle!
Wesołych Świąt! :)
Wracam z pracy, skulona w kąciku siedzenia. Uparcie staram się wierzyć, że z nieba nie pada śnieg, tylko idealnie zmrożona sangria. Trochę pomaga w tym Manu Chao, który wyśpiewuje mi wprost do ucha swoje latynoskie rytmy. Starszej pani, siedzącej obok mnie, nie przeszkadzają jednak takie nowoczesne fanaberie. Stuka mnie w ramię. Więc zdejmuję słuchawki i...
-Dwa chleby kupiłam!
- ???
- No dwa chleby. Wczoraj kupiłam i dzisiaj też bo zapomniałam. A w gości idę. No i kto to zje? Przecież w gości chleba nie zabiorę.
- Hmm... No pewnie nie. Lepiej wziąć ciastka.
- Babkę też kupiłam, kto to zje, ja się pytam? Po świętach jeszcze będzie leżeć. Co to w ogóle za święta? Żeby śnieg padał? Nie było takich już od (tu wstawcie dowolną datę - nie pamiętam dokładnie, ale obstawiam coś pomiędzy stworzeniem pierwszych ludzi, a momentem, kiedy meteoryt niefortunnie pieprznął w ziemię i - zapewne nieintnecjonalnie - wytłukł dinozaury). Zimno, mokro, ślisko. Także stwierdziłam - na co mnie jakaś parada? O, założyłam kozaki. Może nie parada, ale z kożuchem i się nie ślizgają. To dziesiątka?
- (nie nadążam, nie nadążam!) Tak, jedziemy dziesiątką.
- No. Kożuch w środku, najważniejsze!
Także, moi drodzy, pamiętajcie: na co nam jakaś parada? Jajka w kożuchu też wyglądają nieźle!
Wesołych Świąt! :)
poniedziałek, 11 marca 2013
miłość w czasach popkultury
Powinnam pisać Dialogi, jak Platon.
Przepraszam co delikatniejszych (oraz moją mamę) za słownictwo, ale uprawiam tu naturalizm. I autentyzm językowy, ot co.
Ekhem, ekhem, oto historia:
- Ale że Siwy ma dziewczynę tej...
- No my w szoku byliśmy... Aż mi smaka narobił!
- Nie pierdol, to jest kurwa masakra jakaś. Taki Siwy to normalnie podchodzi, wali cię z bara i mówi "Co jest, kurwa". A nagle widzisz na fejsbuku, jak pisze "Kocham Cię misiaczku".
Sorry, chłopaki, widocznie Siwy jest w środku mięciutki i cieplutki jak roztopiony karmelek...
Albo po prostu chce zaliczyć, frajerzy :)
Przepraszam co delikatniejszych (oraz moją mamę) za słownictwo, ale uprawiam tu naturalizm. I autentyzm językowy, ot co.
Ekhem, ekhem, oto historia:
- Ale że Siwy ma dziewczynę tej...
- No my w szoku byliśmy... Aż mi smaka narobił!
- Nie pierdol, to jest kurwa masakra jakaś. Taki Siwy to normalnie podchodzi, wali cię z bara i mówi "Co jest, kurwa". A nagle widzisz na fejsbuku, jak pisze "Kocham Cię misiaczku".
Sorry, chłopaki, widocznie Siwy jest w środku mięciutki i cieplutki jak roztopiony karmelek...
Albo po prostu chce zaliczyć, frajerzy :)
wtorek, 5 lutego 2013
Spotted: Facebook
Tak się złożyło, że w moim życiu to piekielne narzędzie zła, zwane w niektorych kręgach Facebookiem, pełni dość dużą rolę. Na pytania: "skąd wiesz?" często odpowiadam: "z Facebooka". Ale nie nad tym zamierzam teraz dumać. Zamierzam dumać nad innym zjawiskiem, niedawno przeze mnie na Fb odkrytym. A że po części dzieje się na Jeżycach, to nadaje się jak najbardziej.
Poszukuje najpiękniejszej istoty jaką widziałem. Rudowłosa, wysoka (coś około 180cm wzrostu) i szczupła. Nosi niebiesko białą kurtkę narciarską (przynajmniej na narciarską wygląda) i dużą czarną torbę. Widziałem ją 3 razy, jak wsiadała na Rynku Jeżyckim do tramwaju nr 2 (ja akurat jechałem innym), za każdym razem jest uśmiechnięta. Jeśli to czytasz, dziewczyno błagam odezwij się, skradłaś mi serce!!
Takiego rodzaju wyznania mozna przeczytać na Spotted: Bimba Poznań. Moda u nas pojawiła się chyba stosunkowo niedawno. Omawiany profil jest największy w Poznaniu, a powstał na początku roku. Pewnie spiknęliście się już z ideą (media o tym trąbią). Jeśli nie, to pokrótce wyjaśnię. Do adminów profilu można wysłać wiadomość, która będzie potem anonimowo opublikowana. Czego taka wiadomość ma dotyczyć? Zdarzają się rzeczy zgubione/znalezione, ale głównie ludzie szukają siebie nawzajem. Jeżeli dziewczynie spodobał się w tramwaju jakiś koleś, a nie miała odwagi zagaić rozmowy, może uczynić to przez profil na Facebooku. Nie ujawniając swoich danych, teoretycznie. Dlatego właśnie bimba - czyli po poznańsku tramwaj. Jak grzyby po deszczu powstają fanpage Spotted wielu miejsc: centrów handlowych, klubów etc. Nawet jest już Spotted: Jeżyce, chociaż to miał być mój chytry i tajny plan :)
W zeszłą środę (tj 23.01) między godziną 12:20 a 12:30 stałem na przystanku Polna przy Dąbrowskiego w stronę Mostu Teatralnego, ubrany w czarny płaszcz i jeansy. Po przeciwnej stronie, na przystanku o tej samej nazwie (w kierunku Ogrodów/Ronda J.Nowaka-Jeziorańskiego) stała bardzo ładna i zgrabna dziewczyna. Miała na sobie granatową kurtkę/płaszcz, ciemno granatowe spodnie i kaptur na głowie. Staliśmy przez około 5 minut, spoglądając co jakiś czas na siebie. Spieszyłem się i z tego powodu nie podszedłem. Miałem nadzieję, że dziś znów się tam na siebie natkniemy... ale niestety. Odezwij się Nie mogę sobie darować, że wybrałem punktualność zamiast próby nawiązania kontaktu...
Na pierwszy rzut oka można bić w dzwon na alarm. No bo jak to tak? Duch w narodzie ginie, kiedy chłopak nie ma odwagi zaprosić dziewczyny na kawę i robi to anonimowo, przez Internet. Cholerne społeczeństwo smartfonowe, gdzie ludzie nie potrafią wyjść z sieci. Z drugiej strony - pamiętam, jak kiedyś na Rynku Jeżyckim (zrządzeniem losu było to akurat na Jeżycach, mimo, że mieszkałam zupełnie gdzie indziej), zostałam zaproszona na kawę. I miałam ochotę uciekać. Obcy chłopak zaprasza mnie na ulicy na kawę. Trąci kryminałem na odległość :) Przecież zupełnie go nie znam!
Chociaż, jak teraz myślę, to to nie jest "z drugiej strony". To jest wciąz ta pierwsza strona. Łatwiej przed taką kawą byłoby wymienić kilka maili.
Pozdrawiam kolegę, który dzisiaj (01.02) koło godziny 15:00 jechał ze mną tramwajem nr 2 na Ogrody, w pierwszym wagonie. Ubrany był w niebieską kurtkę i niebieskie? air maxy. Na Ogrodach nasze drogi się rozeszły... Poprawił mi dzisiaj humor, chociaż pewnie nie zdaję sobie z tego sprawy ;p
No więc jeśli to czytasz to dziękuję i pozdrawiam! Następnym razem nie uciekaj ślicznymi oczkami przed moimi Lady in red.
Straszna infantylność. Nie wiem, czy na miejscu tego chłopaka chciałabym się spotkać z Lady in red, która uważa, że uciekam "ślicznymi oczkami". Anonimowość ogłupia. Robi się rzeczy, których nigdy nie zrobiłoby się pod własnym imieniem. Patrząc na poznański profil nie sposób nie odnieść wrażenia, że niektórzy z piszacych są ciut niedojrzali i odbierają świat bardzo powierzchownie. Cześci garderoby opisane są często tak detalicznie, że można z tego tworzyć portret pamięciowy :) Dowiedziałam się też, że istnieją kurtki narciarskie i kurtki snowboardowe, spodnie typu baggy i jak wygląda fullcap.
Przeglądając fanpage Spotted można dojść do kilku wniosków statystycznych. Po pierwsze: szukają najczęściej dziewczyny. Po drugie: przystanek na Matejki jest chyba jakimś magicznym punktem, peronem 9 i 3/4, bramą Morii i Osią Świata Dysku w jednym, bo przewija się z częstotliwością, o jaką bym go nie podejrzewała. Po trzecie: jeśli wierzyć osobistym sympatiom spotterów, to ideałem kobiecego piękna są blondynki i rude, a chłopak powinien być przystojnym, wysokim brunetem o rzeczonych ślicznych oczkach.
To pewnie chwilowa moda, która szybko się znudzi. Póki co bimbowy profil zebrał 11k fanów w miesiąc. Takie czasy. Można na to spojrzeć bardziej optymistycznie: jeżeli chłopak napisze do Spotted, że zauważył w tramwaju ładną dziewczynę, to znak, że wreszcie jednak oderwał wzrok od swojego smartfona :)
* wszystkie cytaty jeżyckich spotterów pochodzą z fanpage'a Spotted: Bimba Poznań.
Poszukuje najpiękniejszej istoty jaką widziałem. Rudowłosa, wysoka (coś około 180cm wzrostu) i szczupła. Nosi niebiesko białą kurtkę narciarską (przynajmniej na narciarską wygląda) i dużą czarną torbę. Widziałem ją 3 razy, jak wsiadała na Rynku Jeżyckim do tramwaju nr 2 (ja akurat jechałem innym), za każdym razem jest uśmiechnięta. Jeśli to czytasz, dziewczyno błagam odezwij się, skradłaś mi serce!!
Takiego rodzaju wyznania mozna przeczytać na Spotted: Bimba Poznań. Moda u nas pojawiła się chyba stosunkowo niedawno. Omawiany profil jest największy w Poznaniu, a powstał na początku roku. Pewnie spiknęliście się już z ideą (media o tym trąbią). Jeśli nie, to pokrótce wyjaśnię. Do adminów profilu można wysłać wiadomość, która będzie potem anonimowo opublikowana. Czego taka wiadomość ma dotyczyć? Zdarzają się rzeczy zgubione/znalezione, ale głównie ludzie szukają siebie nawzajem. Jeżeli dziewczynie spodobał się w tramwaju jakiś koleś, a nie miała odwagi zagaić rozmowy, może uczynić to przez profil na Facebooku. Nie ujawniając swoich danych, teoretycznie. Dlatego właśnie bimba - czyli po poznańsku tramwaj. Jak grzyby po deszczu powstają fanpage Spotted wielu miejsc: centrów handlowych, klubów etc. Nawet jest już Spotted: Jeżyce, chociaż to miał być mój chytry i tajny plan :)
W zeszłą środę (tj 23.01) między godziną 12:20 a 12:30 stałem na przystanku Polna przy Dąbrowskiego w stronę Mostu Teatralnego, ubrany w czarny płaszcz i jeansy. Po przeciwnej stronie, na przystanku o tej samej nazwie (w kierunku Ogrodów/Ronda J.Nowaka-Jeziorańskiego) stała bardzo ładna i zgrabna dziewczyna. Miała na sobie granatową kurtkę/płaszcz, ciemno granatowe spodnie i kaptur na głowie. Staliśmy przez około 5 minut, spoglądając co jakiś czas na siebie. Spieszyłem się i z tego powodu nie podszedłem. Miałem nadzieję, że dziś znów się tam na siebie natkniemy... ale niestety. Odezwij się Nie mogę sobie darować, że wybrałem punktualność zamiast próby nawiązania kontaktu...
Na pierwszy rzut oka można bić w dzwon na alarm. No bo jak to tak? Duch w narodzie ginie, kiedy chłopak nie ma odwagi zaprosić dziewczyny na kawę i robi to anonimowo, przez Internet. Cholerne społeczeństwo smartfonowe, gdzie ludzie nie potrafią wyjść z sieci. Z drugiej strony - pamiętam, jak kiedyś na Rynku Jeżyckim (zrządzeniem losu było to akurat na Jeżycach, mimo, że mieszkałam zupełnie gdzie indziej), zostałam zaproszona na kawę. I miałam ochotę uciekać. Obcy chłopak zaprasza mnie na ulicy na kawę. Trąci kryminałem na odległość :) Przecież zupełnie go nie znam!
Chociaż, jak teraz myślę, to to nie jest "z drugiej strony". To jest wciąz ta pierwsza strona. Łatwiej przed taką kawą byłoby wymienić kilka maili.
Pozdrawiam kolegę, który dzisiaj (01.02) koło godziny 15:00 jechał ze mną tramwajem nr 2 na Ogrody, w pierwszym wagonie. Ubrany był w niebieską kurtkę i niebieskie? air maxy. Na Ogrodach nasze drogi się rozeszły... Poprawił mi dzisiaj humor, chociaż pewnie nie zdaję sobie z tego sprawy ;p
No więc jeśli to czytasz to dziękuję i pozdrawiam! Następnym razem nie uciekaj ślicznymi oczkami przed moimi Lady in red.
Straszna infantylność. Nie wiem, czy na miejscu tego chłopaka chciałabym się spotkać z Lady in red, która uważa, że uciekam "ślicznymi oczkami". Anonimowość ogłupia. Robi się rzeczy, których nigdy nie zrobiłoby się pod własnym imieniem. Patrząc na poznański profil nie sposób nie odnieść wrażenia, że niektórzy z piszacych są ciut niedojrzali i odbierają świat bardzo powierzchownie. Cześci garderoby opisane są często tak detalicznie, że można z tego tworzyć portret pamięciowy :) Dowiedziałam się też, że istnieją kurtki narciarskie i kurtki snowboardowe, spodnie typu baggy i jak wygląda fullcap.
Przeglądając fanpage Spotted można dojść do kilku wniosków statystycznych. Po pierwsze: szukają najczęściej dziewczyny. Po drugie: przystanek na Matejki jest chyba jakimś magicznym punktem, peronem 9 i 3/4, bramą Morii i Osią Świata Dysku w jednym, bo przewija się z częstotliwością, o jaką bym go nie podejrzewała. Po trzecie: jeśli wierzyć osobistym sympatiom spotterów, to ideałem kobiecego piękna są blondynki i rude, a chłopak powinien być przystojnym, wysokim brunetem o rzeczonych ślicznych oczkach.
To pewnie chwilowa moda, która szybko się znudzi. Póki co bimbowy profil zebrał 11k fanów w miesiąc. Takie czasy. Można na to spojrzeć bardziej optymistycznie: jeżeli chłopak napisze do Spotted, że zauważył w tramwaju ładną dziewczynę, to znak, że wreszcie jednak oderwał wzrok od swojego smartfona :)
* wszystkie cytaty jeżyckich spotterów pochodzą z fanpage'a Spotted: Bimba Poznań.
piątek, 11 stycznia 2013
Nasza zima zła!
Tramwaj pełen jest jednak sytuacji niezwykłych. Chociaż w zasadzie może to jakieś moje wypaczenie, bo - było nie było - jeżdżę nim dość często.
Dzisiaj właśnie, trenując radośnie przy tramwajowej poręczy surfing na sucho, rozpatrywałam w duchu problem punktualności komunikacji miejskiej w Poznaniu i jej niebagatelnego wpływu na moją obecność gdziekolwiek na czas. Z zadumy nad tym pasjonującym zagadnieniem wyrwało mnie dość stanowcze i pełne zapału szarpanie za rękaw.
Patrzę i o! Jakaś babcia-staruszeczka, malutka jak krasnal, majta mi się u dołu płaszcza. Chyba nawet mówi do mnie coś, czego przy słuchawkach w uszach nijak nie jestem w stanie dosłyszeć. Brutalnie odbieram więc Luxtorpedzie prawo głosu, z wahaniem wyciągam słuchawki i grzecznie pytam, co jest na rzeczy. Babcia-staruszeczka robi stop, włącza natentychmiast przewijanie i zaczyna tyradę od punktu wyjścia:
- No mówię przecież, że widzi pani, zapowiadali zimno. Że będzie mróz i w ogóle. To ja się ubrałam, opatuliłam, dwa swetry mam i co? Ciepło jest! Ciepło! Ale ech... ja to nigdy nie miałam szczęścia w życiu...
Tak sobie teraz myślę, że jakby kożuch... Nie, to by była tragedia :)
Dzisiaj właśnie, trenując radośnie przy tramwajowej poręczy surfing na sucho, rozpatrywałam w duchu problem punktualności komunikacji miejskiej w Poznaniu i jej niebagatelnego wpływu na moją obecność gdziekolwiek na czas. Z zadumy nad tym pasjonującym zagadnieniem wyrwało mnie dość stanowcze i pełne zapału szarpanie za rękaw.
Patrzę i o! Jakaś babcia-staruszeczka, malutka jak krasnal, majta mi się u dołu płaszcza. Chyba nawet mówi do mnie coś, czego przy słuchawkach w uszach nijak nie jestem w stanie dosłyszeć. Brutalnie odbieram więc Luxtorpedzie prawo głosu, z wahaniem wyciągam słuchawki i grzecznie pytam, co jest na rzeczy. Babcia-staruszeczka robi stop, włącza natentychmiast przewijanie i zaczyna tyradę od punktu wyjścia:
- No mówię przecież, że widzi pani, zapowiadali zimno. Że będzie mróz i w ogóle. To ja się ubrałam, opatuliłam, dwa swetry mam i co? Ciepło jest! Ciepło! Ale ech... ja to nigdy nie miałam szczęścia w życiu...
Tak sobie teraz myślę, że jakby kożuch... Nie, to by była tragedia :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
