Kilka razy zadano mi już pytanie - czy to wszystko, co piszę, jest najprawdziwszą prawdą czy też fikcją literacką. Zdaję sobie sprawę z tego, że tak całkowicie normalna nie jestem oraz tego, że wyobraźnię mam bujną co najmniej jakbym była dzieckiem Ani z Zielonego Wzgórza w ostatnim stadium mitomanii i któregoś z braci Grimm (być może obu), aaale nie. To wszystko prawda, choć czasami chyba wolelibyśmy, żeby to jednak był wytwór mojej fantazji.
Na przykład teraz.
Trafiłam ostatnio w tramwaju na dwójkę nastolatków, wracających według wszelkiego prawdopodobieństwa z IKEA. Młodzież płci obojga przycupnęła sobie w tramwajowym odwłoku przy oknie i oddała się żywej konwersacji. O mnie można było tego dnia powiedzieć, że jestem co najwyżej półżywa, co dobitnie dowodzi, że wcale nie podsłuchiwałam specjalnie! Pełzające ruchy reszty zawartości tramwaju ustawiły mnie akurat w tamtym kierunku. Zupełny przypadek, słowo harcerza!
Młodzież była jeszcze ucząca się, co wydedukowałam zgrabnie z tematyki rozmowy. Mianowicie - rzecz była o lekturze szkolnej. Jakżeż ciekawe musiało być owo dzieło, skoro dziewczę posunęło się do stwierdzenia:
- No, podobała mi się ta książka. Generalnie to podobała mi się tak bardzo, że przeczytałam całe streszczenie, a miało aż 50 stron!
Aż się ożywiłam. Byłam nawet bliska tego, żeby podpytać o tytuł woluminu, bo kto wie? Pewnie straciłam w życiu niejedno świetne streszczenie...! Tajemnica ta przepadła jednak na wieki, albowiem w tym właśnie momencie zostałam zaskoczona tak głęboką myślą, że gdybym miała na czym, to z pewnością przysiadłabym z wrażenia:
- Ja się nie będę w ogóle uczyć o tych wszystkich filozofach. - ciągnęło dziewczę niezrażone - No bo zobacz, jak ich poznam, to będę się potem sugerować. A skąd wtedy będę wiedziała, kiedy sama coś mądrego wymyślę...?
Fakt. To Ci by było zaskoczenie...
[P.S. Nigdy w życiu nie byłam harcerzem ;)]
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polna. Pokaż wszystkie posty
środa, 22 kwietnia 2015
piątek, 18 kwietnia 2014
Zając przykicał
![]() |
| jeśli kto chodzi Dąbrowskiego, to już to widział. i został ostrzeżony. |
Zamiast umartwiać się z okazji Wielkiego Piątku, niniejszym pozwalam sobie złożyć wszystkim tu obecnym życzenia już teraz, póki nie wpadłam w świąteczny szał zajęczych prezentów, koszyczków wielkanocnych i pieczonej szynki mojej mamy. Rzecz jasna i gwoli ścisłości: tej zrobionej przez mamę, a nie tej, pochodzącej z górnej części maminego odnóża.
Drodzy wszyscy! Po pierwsze: wiosennych i słonecznych. Po drugie: spokojnych i wesołych. Po trzecie, najważniejsze: żebyście nie trafili na zepsute jajko, bo to nieprzyjemne :)
A pamiętacie śnieżną Wielkanoc w ubiegłym roku? Póki co nic na niebie i ziemi nie wskazuje powtórki z rozrywki, ale z dumą pragnę oznajmić, że jeżyckie sklepy są zawsze przygotowane na wszelką ewentualność :)
![]() |
| no bo co to właściwie za różnica...? |
niedziela, 6 kwietnia 2014
Inwestycja
Robienie zakupów w niedzielę wieczorem w jeżyckich Żabkach trochę przypomina loterię. To znaczy - nigdy nie wiesz, na co akurat możesz trafić. Wiadomo na co na pewno nie możesz: na świeże bułki. Mnie to w sumie nie zdziwiło, ale sama słyszałam, jak się jednemu panu smutno zrobiło, że będzie musiał rano przykopytkować. Naiwniak.
Najedzony czy nie, refleksem pan wykazał się znacznie lepszym i zgrabnie wyprzedził mnie w kolejce do płacenia. Nie rozpłakałam się, nie rozdarłam szat, nie rzuciłam na niego śmiercionośnej klątwy. Stanęłam w ogonku grzecznie i w pokorze przegranego. Stoję, gapię się w sufit, słyszę miauczenie, kontempluję towar przy kasie ze szczególnym uwzględnieniem czegoś czekolad...
Czekaj, co?
Słyszę miauczenie?!
Ano tak.
Słyszałam i ja i pan, co uspokoiło kiełkujące obawy czy z moim słuchem wszystko aby gra. Zawstydzona ekspedientka przyznała się, że tak, owszem, trzyma pod ladą kota. I że w ogóle ma trzy inne w domu i psa jeszcze. I że jednego kota chowała od małego, ale zdechł. Paaaanie, co to był za lament. Koleś odparł na to, że super, że kot pod ladą, bo on też jest kociarz i ma kota w domu i że w ogóle...
(Nie, no jasne, rozprawiajcie sobie radośnie o sierściuchach, ja tu postoję i poczekam, aż mi ręce zemdleją, w ogóle udawajmy, że mnie tu NIE MA, że jestem jakąś anomalią w atmosferze, pewnie.)
Facet zdecydował się zapłacić (NO WRESZCIE!) i już miał odchodzić, kiedy wpadło mu do głowy, że wszystkich zakupów to do rąsi nie zmieści. Za mało kończyn, za dużo piw. Cofnął się więc po siateczkę z pytaniem czy płatna, bo on nabędzie, za pieniądze.
Sprzedawczyni była jednak widocznie w stu procentach kupiona, bo z taką szorstką sympatią odpowiedziała tylko:
- A masz pan za darmo... Za tego kota.
No to ja niniejszym oświadczam wszem i wobec, że prawie miałam kota. Kiedyś, o mały włos.
Czy za to przysługuje jakiś gratis?
Najedzony czy nie, refleksem pan wykazał się znacznie lepszym i zgrabnie wyprzedził mnie w kolejce do płacenia. Nie rozpłakałam się, nie rozdarłam szat, nie rzuciłam na niego śmiercionośnej klątwy. Stanęłam w ogonku grzecznie i w pokorze przegranego. Stoję, gapię się w sufit, słyszę miauczenie, kontempluję towar przy kasie ze szczególnym uwzględnieniem czegoś czekolad...
Czekaj, co?
Słyszę miauczenie?!
Ano tak.
Słyszałam i ja i pan, co uspokoiło kiełkujące obawy czy z moim słuchem wszystko aby gra. Zawstydzona ekspedientka przyznała się, że tak, owszem, trzyma pod ladą kota. I że w ogóle ma trzy inne w domu i psa jeszcze. I że jednego kota chowała od małego, ale zdechł. Paaaanie, co to był za lament. Koleś odparł na to, że super, że kot pod ladą, bo on też jest kociarz i ma kota w domu i że w ogóle...
(Nie, no jasne, rozprawiajcie sobie radośnie o sierściuchach, ja tu postoję i poczekam, aż mi ręce zemdleją, w ogóle udawajmy, że mnie tu NIE MA, że jestem jakąś anomalią w atmosferze, pewnie.)
Facet zdecydował się zapłacić (NO WRESZCIE!) i już miał odchodzić, kiedy wpadło mu do głowy, że wszystkich zakupów to do rąsi nie zmieści. Za mało kończyn, za dużo piw. Cofnął się więc po siateczkę z pytaniem czy płatna, bo on nabędzie, za pieniądze.
Sprzedawczyni była jednak widocznie w stu procentach kupiona, bo z taką szorstką sympatią odpowiedziała tylko:
- A masz pan za darmo... Za tego kota.
No to ja niniejszym oświadczam wszem i wobec, że prawie miałam kota. Kiedyś, o mały włos.
Czy za to przysługuje jakiś gratis?
środa, 2 kwietnia 2014
Telefon z aparatem
Idę na łatwiznę. Ale za to mam dużo usprawiedliwień.
Mimo, że mam więcej czasu (drugi tydzień zwolnienia lekarskiego), to jednak ciężko mi się myśli (drugi tydzień zwolnienia lekarskiego). Ciężko mi się też pisze, albowiem coś mi wpadło pod spację. Podejrzewam, z dużym prawdopodobieństwem, że wpadło stosunkowo dawno, a to, co przeszkadza mi pisać dzisiaj, to już wyższa forma ewolucyjna. W każdym razie jest silna i dzielnie walczy z uciskiem :)
No i trzecie - dawno nie było żadnych zdjęć. Nie, żeby to poniżej zasługiwało na to szlachetne miano. Chcę po prostu pokazać, dlaczego nauczyłam się zawsze mieć przy sobie komórkę :)
Mimo, że mam więcej czasu (drugi tydzień zwolnienia lekarskiego), to jednak ciężko mi się myśli (drugi tydzień zwolnienia lekarskiego). Ciężko mi się też pisze, albowiem coś mi wpadło pod spację. Podejrzewam, z dużym prawdopodobieństwem, że wpadło stosunkowo dawno, a to, co przeszkadza mi pisać dzisiaj, to już wyższa forma ewolucyjna. W każdym razie jest silna i dzielnie walczy z uciskiem :)
No i trzecie - dawno nie było żadnych zdjęć. Nie, żeby to poniżej zasługiwało na to szlachetne miano. Chcę po prostu pokazać, dlaczego nauczyłam się zawsze mieć przy sobie komórkę :)
![]() |
| tu byliśmy. mama, tata i dziecko. |
![]() |
| a nie taniej było kupić litra od razu? |
![]() |
| a pomyśleć, że kiedyś mafia podkładała tylko zgniłe ryby... |
![]() |
| kto zna jakiegoś sudenta? |
![]() |
| o copy sprzedawcy miodu już wspominałam. wzrusza jak zawsze. |
![]() |
| twórczość moich własnych sąsiadów. nie, nie jestem adresatem :) |
![]() |
| smutne na koniec. taki napis pojawił się na jednym z budynków przy Dąbrowskiego. czy napisał to przestraszony sąsiad czy przestraszony członek rodziny? |
wtorek, 25 marca 2014
Mowa ciała
Spoko.
Jestem, żyję, nie umarłam. To znaczy do tego ostatniego to mam teraz całkiem blisko za sprawą wyjątkowo uroczego wirusa (na pewno ma macki, czuję to). Lekarz zaserwował mi przymusowe zwolnienie lekarskie, znane jednakowoż pod kryptonimem: "Wreszcie Będziesz Mieć Czas Napisać Coś na Blogu". Pociągając więc nosem, z gardłem, z którego nie wydobywa się żaden dźwięk - piszę! Co prawda klawisze przyciskam głównie siłą woli i bardzo pojedynczo, ale wielkość zawsze rodzi sie w bólach. Co też z pokorą przyjmuję :)
Mój marcowy brak czasu związany jest pośrednio z faktem, że jakiś czas temu strzeliło mi do głowy, aby trochę się jeszcze podokształcać. Dokształcanie ma to do siebie, że zawsze kończy się w poniedziałki po 21, pomiędzy jednym tramwajem a drugim. Stoję wówczas jak kupka nieszczęścia na przystanku i usilnie wpatruję się w ten punkt przestrzeni, z którego nadjechać ma wehikuł MPK, wierząc głęboko, że tym go przywołam.
Właściwie to, jak się głębiej zastanowić, zawsze przyjeżdża. Prędzej czy później.
A więc daje to jeszcze większą wiarę w moje supermoce :)
Nie dalej jak dwa tygodnie temu, oczekując na tramwaj, namierzyłam na przystanku młodego chłopaka, nagabywanego przyjaźnie przez pewnego kolesia w stanie wskazującym. Oczywiście - prawie oplułam się z ciekawości. Zwinnym, prawie niedostrzegalnym ruchem wyjęłam słuchawki z uszu i od niechcenia zaczęłam powoli, ale skutecznie kierować się na cel, podkręcając jednocześnie czułość wyłapywania fal dzwiękowych do oporu. Niestety, rozmowa toczona była zbyt konfidencjonalnym szeptem - wyłapałam tylko słowa "kobieta" i "życie". I o ile mnie intuicja nie myli, rzecz nie dotyczyła popularnych, kobiecych czasopism.
Niepocieszona wczłapałam do tramwaju, przeklinając pod nosem postępującą głuchotę (nie noście słuchawek dokanałowych, bo też tak skończycie!). Niespodziwanie jednak, los okazał się dla mnie łaskawy! Wstawiony nagabywacz z przystanku porzucił bowiem w pewnym momencie swą ofiarę i powodowany znanym tylko sobie impulsem. stanął w pozie proroczej. W obie swe dłonie chwycił tramwajowe rurki i donośnym głosem zapytał:
- Kto z Państwa ma dosyć sztuczności w życiu?
Nie udało mi się powstrzymać uśmiechu, zwłaszcza, że naprzeciwko mnie kielczył się już chłopak z przystanku. Spróbowałam ruchem ninja ukryć mordkę w szalu, ale było za późno. Trajektoria usmiechu lekko skręciła, zrykoszetowała i efektem jej był Prorok, moszczący się na siedzeniu naprzeciwko mnie.
- Pani się uśmiechnęła. Ma Pani piękny uśmiech, taka szczera kobieta. Rzadko takie spotykam.
- Ale kogo? Szczere kobiety?
- Nawet nie. Szczere uśmiechy u szczerych ludzi. Dziękuję!
Ależ proszę bardzo! Wychodzi na to, że w moim życiu nie ma sztuczności.
A przynajmniej szczerzę się szczerze :)
Jestem, żyję, nie umarłam. To znaczy do tego ostatniego to mam teraz całkiem blisko za sprawą wyjątkowo uroczego wirusa (na pewno ma macki, czuję to). Lekarz zaserwował mi przymusowe zwolnienie lekarskie, znane jednakowoż pod kryptonimem: "Wreszcie Będziesz Mieć Czas Napisać Coś na Blogu". Pociągając więc nosem, z gardłem, z którego nie wydobywa się żaden dźwięk - piszę! Co prawda klawisze przyciskam głównie siłą woli i bardzo pojedynczo, ale wielkość zawsze rodzi sie w bólach. Co też z pokorą przyjmuję :)
Mój marcowy brak czasu związany jest pośrednio z faktem, że jakiś czas temu strzeliło mi do głowy, aby trochę się jeszcze podokształcać. Dokształcanie ma to do siebie, że zawsze kończy się w poniedziałki po 21, pomiędzy jednym tramwajem a drugim. Stoję wówczas jak kupka nieszczęścia na przystanku i usilnie wpatruję się w ten punkt przestrzeni, z którego nadjechać ma wehikuł MPK, wierząc głęboko, że tym go przywołam.
Właściwie to, jak się głębiej zastanowić, zawsze przyjeżdża. Prędzej czy później.
A więc daje to jeszcze większą wiarę w moje supermoce :)
Nie dalej jak dwa tygodnie temu, oczekując na tramwaj, namierzyłam na przystanku młodego chłopaka, nagabywanego przyjaźnie przez pewnego kolesia w stanie wskazującym. Oczywiście - prawie oplułam się z ciekawości. Zwinnym, prawie niedostrzegalnym ruchem wyjęłam słuchawki z uszu i od niechcenia zaczęłam powoli, ale skutecznie kierować się na cel, podkręcając jednocześnie czułość wyłapywania fal dzwiękowych do oporu. Niestety, rozmowa toczona była zbyt konfidencjonalnym szeptem - wyłapałam tylko słowa "kobieta" i "życie". I o ile mnie intuicja nie myli, rzecz nie dotyczyła popularnych, kobiecych czasopism.
Niepocieszona wczłapałam do tramwaju, przeklinając pod nosem postępującą głuchotę (nie noście słuchawek dokanałowych, bo też tak skończycie!). Niespodziwanie jednak, los okazał się dla mnie łaskawy! Wstawiony nagabywacz z przystanku porzucił bowiem w pewnym momencie swą ofiarę i powodowany znanym tylko sobie impulsem. stanął w pozie proroczej. W obie swe dłonie chwycił tramwajowe rurki i donośnym głosem zapytał:
- Kto z Państwa ma dosyć sztuczności w życiu?
Nie udało mi się powstrzymać uśmiechu, zwłaszcza, że naprzeciwko mnie kielczył się już chłopak z przystanku. Spróbowałam ruchem ninja ukryć mordkę w szalu, ale było za późno. Trajektoria usmiechu lekko skręciła, zrykoszetowała i efektem jej był Prorok, moszczący się na siedzeniu naprzeciwko mnie.
- Pani się uśmiechnęła. Ma Pani piękny uśmiech, taka szczera kobieta. Rzadko takie spotykam.
- Ale kogo? Szczere kobiety?
- Nawet nie. Szczere uśmiechy u szczerych ludzi. Dziękuję!
Ależ proszę bardzo! Wychodzi na to, że w moim życiu nie ma sztuczności.
A przynajmniej szczerzę się szczerze :)
sobota, 1 marca 2014
Na pieska
Szłam przed chwilą przez miasto.
Nie, tfu, stop, jeszcze raz. Od początku.
Szłam przed chwilą przez Jeżyce. Słońce pali aż miło - pilnujcie się jednakże w cieniu, bo przewiewa nerki. Jak co sobotę, ulice okupowane są przez tłum konsumentów.
Z owego tłumu moje wprawne oko wyłowiło babcię z wnuczkiem, która nie podążała bynajmniej chodnikiem, jak Pan Bóg przykazał, tylko zmieniła trajektorię swojego dreptu na przyuliczny pas zieleni. Ciągnąc za sobą potykające się pacholę.
Uszu mych dobiegło polecenie:
- No tu ukucnij, pod drzewkiem. Zdejmij spodenki i zrób kupkę. Przecież wiesz jak. Tak jak piesek robi.
...
O tempora, o mores!
Nie, tfu, stop, jeszcze raz. Od początku.
Szłam przed chwilą przez Jeżyce. Słońce pali aż miło - pilnujcie się jednakże w cieniu, bo przewiewa nerki. Jak co sobotę, ulice okupowane są przez tłum konsumentów.
Z owego tłumu moje wprawne oko wyłowiło babcię z wnuczkiem, która nie podążała bynajmniej chodnikiem, jak Pan Bóg przykazał, tylko zmieniła trajektorię swojego dreptu na przyuliczny pas zieleni. Ciągnąc za sobą potykające się pacholę.
Uszu mych dobiegło polecenie:
- No tu ukucnij, pod drzewkiem. Zdejmij spodenki i zrób kupkę. Przecież wiesz jak. Tak jak piesek robi.
...
O tempora, o mores!
czwartek, 9 stycznia 2014
Gabinet osobliwości
Spacerując po Jeżycach można się czasami poczuć niczym szpieg z Krainy Deszczowców (karramba!) na misji zleconej przez Największego Deszczowca. Niczym Marco Polo, który pierwszy raz przemierzał Państwo Środka. Niczym poszukiwacz... no, może nie od razu ZŁOTA, ale z całą pewnością rudy jakiegoś solidnego, użytecznego metalu. Trzeba jedynie dobrze się przyjrzeć, aby na murach znaleźć wspaniałe przejawy Sztuki (co prawda przypominające bardziej malowidła z Lascaux niż freski mistrza Leonardo, ale hej - w różnorodności tkwi piękno!) czy przykłady niebanalnych aranżacji przy użyciu pozornie zwykłych przedmiotów. Wiem co mówię. Wystarczyły dwie godziny spaceru, aby utwierdzić się w przekonaniu, że wyobraźni to tutaj z całą pewnością nie brakuje :)
| sklejamy pęknięte mury? |
| alarm! obcy w kratce wentylacyjnej! |
| rura opatulona na zimę. |
| ptak ma w kuprze sesję zdjęciową. |
| dialogi. Jeżyce. |
| obstawiam naukę do sesji. |
| przygarnij ps.. lw.. zwierzę. |
| ktoś pomylił z choinką? |
| spożywania produktów bezalkoholowych nie przewiduje się. |
| Uliczna Instalacja z Kanapą. |
| ekskluzywne cegły. markowe. |
| ...rodzaj ostrzeżenia? |
| Prosiaczku, wiejemy. tam jest świat! |
środa, 1 stycznia 2014
Yippee-ki-yay, 2013!
Stawiam którąś z moich kończyn, że co najmniej przez miesiąc, pisząc datę, będę się mylić.
Imieniny Sylwestra odbyły się po raz kolejny bez żadnego Sylwestra w zasięgu wzroku, ale za to znowu we własnej norce z Jeżycami za oknem. A o północy - chodu na ulicę! Szczęśliwy ten Sylwester, że się tylu ludzi cieszy jego imieninami, chociaż wydaje mi się, że rok temu jakoś tej wiary więcej było. Na początku to się nawet przestraszyłam, ze wszyscy w domu zostali słuchać Polsatu. No ale nie. Powoli, z mozołem, jak żółw ociężale, Szamarzewo zaczęło się zapełniać.
| Polna w stronę Bukowskiej. |
| Polna w stronę Dąbrowskiego. |
| Szamarzewskiego w stronę Przybyszewskiego. |
| a Szamarzewskiego w stronę Kraszewskiego musiało się wyróżnić... |
| dwa to tradycja, w związku z tym: tradycyjne zdjęcie znad Patimaksu :) |
| wzięło i wybuchło. |
| jak światełka choinkowe :) |
| ciekawe czy narzekają na to, że ludzie nie mają w kryzysie na co pieniędzy wydawać. obstawiam, że tak. |
| pan z jeszcze-dymiącą różdżką. Dumbledore incognito? :) |
| za czym kolejk... a no tak. |
Wraz z przyjaciółmi wymienialiśmy się wczoraj życzeniami z przedstawicielami rozmaitych grup społecznych. Była młodzież, byli - zdradzający braki w uzębieniu - typowi tubylcy, były karczki w spodenkach do łydki. Reprezentant tych ostatnich uruchomił zresztą we mnie pokłady rozczulenia i współczucia, przemieszane z wybuchem śmiechu wewnątrz i na zewnątrz mojej skromnej osoby. Na nasze serdeczne pozdrowienie i życzenia, karczek odpowiedział:
- Wzajemnie, wzajemnie, Szczęśliwego Nowego... - urwał, zamilkł, po czym spytał retorycznie i z wyraźnym rozczarowaniem:
- No i komu ja dzisiaj wpierdol spuszczę...?
W obliczu tego bolesnego dramatu aż chce się wyrazić nadzieję, że może kogoś ostatecznie udało się znaleźć ;)
czwartek, 18 kwietnia 2013
zaklinanie rzeczywistości
Nieprzyzwoicie wczesna pora, Jeżyce, droga do pracy.
Za mną podąża mama z kilkuletnią córką z wielkim, różowym plecakiem.
No i dialog.
Córka: Ale ciepło, nie?
Mama: No ciepło.
Córka: Szkoooooda, że nie mogę pojechać dzisiaj nad jezioro.
Mama (z pobłażliwym uśmiechem): Kochanie, musisz poczekać na lato.
Córka (nadąsana): Taa... Chyba na lata...!
Milcz, dziecko, milcz!
Za mną podąża mama z kilkuletnią córką z wielkim, różowym plecakiem.
No i dialog.
Córka: Ale ciepło, nie?
Mama: No ciepło.
Córka: Szkoooooda, że nie mogę pojechać dzisiaj nad jezioro.
Mama (z pobłażliwym uśmiechem): Kochanie, musisz poczekać na lato.
Córka (nadąsana): Taa... Chyba na lata...!
Milcz, dziecko, milcz!
środa, 20 marca 2013
Skutki spacerów
Kiedy tylko mogę, to chodzę po fyrtlu piechotą. Każda okazja do poznawania Jeżyc jest dobra, chociaż szczególnym uczuciem darzę możliwość spacerowania suchą stopą i bez zimowego płaszcza na grzbiecie. Na przykład w bezchmurne, letnie poranki...
Dzisiaj trochę przypadkowych rzeczy, na które miałam okazję się natknąć.
Dzisiaj trochę przypadkowych rzeczy, na które miałam okazję się natknąć.
| Szczerze obawiam się, że będą w końcu robione nożnie. |
![]() |
| W sobotę nie czynne, albowiem bierne. |
![]() |
| w zasadzie to smutne dość jest. z cyklu: jak nagrodzić złodzieja. |
![]() |
| Garaże - wstęp wolny, wjeżdżajcie śmiało :) |
wtorek, 19 lutego 2013
Potęgi klucz
Wieczornopiątkowy, przystankowy i jeżycki dialog dwóch starych Panów Menelów, z towarzyszeniem otwartych butelek.
- Tej, idziemy stąd. Idziesz z nami czy przyjdziesz potem?
- Wait a second. I'll be back.
...
W naładowanej stereotypami przestrzeni rozległ się tylko suchy trzask, kiedy moja opadająca szczęka uderzyła zszokowana o bruk.
- Tej, idziemy stąd. Idziesz z nami czy przyjdziesz potem?
- Wait a second. I'll be back.
...
W naładowanej stereotypami przestrzeni rozległ się tylko suchy trzask, kiedy moja opadająca szczęka uderzyła zszokowana o bruk.
Subskrybuj:
Posty (Atom)











