Pokazywanie postów oznaczonych etykietą legendy poznańskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą legendy poznańskie. Pokaż wszystkie posty

środa, 12 listopada 2014

Legendy poznańskie: mrok i zwidy

Dawno, dawno temu... No, może nie za górami i lasami, tylko na tym oto fragmencie Internetu, obiecałam Wam, że kiedyś nastąpi druga część cyklu o poznańskich legendach. Najstarsi górale już pewnie zapomnieli, że tak miało być. Okazuje się jednak, że nie znacie dnia ani godziny, kiedy zbierze mi się na wynurzenia :) A ja, celem dalszej edukacji, zakupiłam jakiś czas temu nawet odpowiednie oprzyrządowanie książkowe. Ha! Taka jestem! Poprzednio mówiłam o legendach, które są swoistą popkulturą opowieści o dawnym Poznaniu. Tym razem trochę więcej na tematy pełne koszmarów, majaków i straszydeł. Tak przy okazji listopada.
Uwaga, niniejszym kontynuuję.

Nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę, że w mieście występują duchy różnej maści i istnieje prawdopodobieństwo, że na jakimś właśnie siedzicie. Toteż umośćcie się wygodnie i powstrzymajcie może od oglądania za siebie. Na wszelki wypadek :)

Otóż w razie, gdyby ktoś miał w planach być zjawą poznańskiej Katedry, to muszę rozczarować - miejscówka jest już zaklepana. Straszył tam po śmierci imć pan Wawrzyniec Powodowski, kawaler maltański, żyjący w XVI wieku. Ogólnie rzecz biorąc był całkiem niezłym człowiekiem, zdarzyło mu się jednak popełnić morderstwo w afekcie, do którego nigdy się nie przyznał. Wyrzuty sumienia zjadły go na amen, a i po śmierci jeszcze dręczyły duszę, każąc przez rok błąkać się po Katedrze podczas nabożeństw. Żeby było bardziej dramatycznie, po raz pierwszy pan Wawrzyniec ukazał się w czasie własnego pogrzebu, po tym, jak z ambony padły słowa: Wiemy, że już nie wstaniesz, Panie Wawrzyńcu...
No to się musieli zdziwić ;)

Nie mniej dramatyczną historię ma za sobą Ludgarda, której widma wypatrywać możecie w okolicach Wzgórza Przemysła. Może jej towarzyszyć milczący rycerz na czarnym koniu, w zależności od tego, w którą wersję legendy wierzymy. Ludgarda była żoną Przemysła II, podobno nawet wpadli sobie w oko i całkiem się lubili, co na XIII wiek wcale nie było oczywistością. Niestety, niestety - potomstwa jak nie było, tak nie było i Przemysł, za namową swojej matki (teściowa...) najpierw kochaną żonę zamknął w komnacie, za jakiś czas dźgnął sztyletem i dla pewności kazał jeszcze udusić. Na tyle skutecznie, że jak następnym razem ktokolwiek miał okazję się na nią gdzieś natknąć, była już perłowobiała i całkiem przezroczysta. Za to potem zamordowali jego. Karma powraca.
Inna legenda głosi, że Ludgarda była niewierna żoną i zdradzała męża z owym rycerzem na czarnym koniu. Akurat.

Z pomniejszych straszydeł mamy duchy, zamieszkujące piwnicę kamienicy przy ul. Żydowskiej. Nabyły ją całkowicie legalnie, prawem dziedziczenia, jako dzieci mieszkającego tam złotnika, a to, że ich matką była upiorzyca, nie powinno absolutnie mieć żadnego znaczenia. W pewnym domu na Chwaliszewie można było z kolei napatoczyć się na cały oddział zjaw z widmową główką dziecka na czele. W obecnym Muzeum Archeologicznym, a dawnym klasztorze benedyktynek, ukazywała się cała plejada rozmaitych strzyg pod postaciami psa, kota, grzesznych, zmarłych zakonnic czy nawet księdza, którego czaszkę ktoś wyniósł z krypty. I, co ciekawe, zawsze straszyły nowicjuszy. Czyżby miał to być sprawdzian?

Do tych oto widm udało mi się dotrzeć drogą śledztwa - a to pewnie i tak jakaś kropla w morzu, bo tajemniczych i niebezpiecznych miejsc na pewno jest w Poznaniu więcej. I nie mówię tu bynajmniej o jeżyckich bramach :)

To co?
Następnym razem, dla odmiany, o diabłach? :)

wtorek, 14 stycznia 2014

Legendy poznańskie: początek

W moim rodzinnym domu, na półce z książkami do dziś stoją Klechdy domowe w przedpotopowym wydaniu, wypełniające wygniecione okładki fantastycznymi, polskimi legendami. Historiami o Wandzie, córce Piasta, którego myszy zjadły na Łysej Górze, gdzie Rokita i Boruta wraz z Bazyliszkiem, Smokiem Wawelskim i Złotą Kaczką szukali o północy kwiatu paproci. Czy tam jak to dokładnie idzie. Bardzo lubiłam te opowieści, dziejące się w dobrze znanych miejscach, a posiadające jednak pierwiastek magiczny, tajemniczy, (zniżamy głoś do szeptu) niewytłumaczalny. Dlaczego nagle zebrało mi się na wspomnienia?

Wszystko to za sprawą zbioru Legendy poznańskie pod redakcją Krzysztofa Kwaśniewskiego, który wpadł w moje chciwe, niecne łapska. To naprawdę szeroki wachlarz opowieści o dawnym Poznaniu. Opowieści niekiedy mrożących krew w żyłach, pełnych żółci, jadu i klątwy. Można tam znaleźć nie tylko podania i anegdoty, ale też kilka słów wyjaśnienia i historyczne pewniki. Dobra. Książka, jaka jest, każdy widzi. Do sedna.

Aha, będą spojlery!

Poznań ma kilka legend na poziomie, powiedzmy, ogólnopolskim. Z takich, co to nie zdziwi nas, że losowy mieszkaniec Wałbrzycha je kojarzy. Wiem stąd, że przeprowadziłam badania fokusowe na jednoosobowej grupie badawczej (tj. sobie), żeby stwierdzić, co się ludziom spoza Poznania obija się o uszy. Sam autor wspomnianego zbioru mówi, że obiegowa (choć krzywdząca) jest opinia o tym, że stolica Wielkopolski bynajmniej legendami nie słynie. A znane są co najwyżej poniższe opowieści...

Historia koziołków na ratuszowej wieży. Koziołki to ten drugi element, kojarzący się przeciętnemu Kowalskiemu z Poznaniem. Drugi po pyrach, rzecz jasna. Leci to mniej więcej tak: swego czasu wojewoda wydawał wystawną kolację dla zaproszonych gości. Był ordnung, wszystko szło sprawnie - jak się okazuje - do czasu. Młody kuchcik bowiem miał pstro w głowie i przypalił sarnę, która miała robić za danie główne. Kombinował nieźle: postanowił porwać dwa koziołki, które pasły się nieopodal i przefarbować je na dziczyznę. Byłoby się mu nawet udało, gdyby nie był ofermą i nie wywalił się po drodze jak długi. Rogate bestie zwiały na ratusz i zaczęły wesoło trykać się porożem. Na szczęście wojewoda miał poczucie humoru, darował kucharzom i postanowił przejść na weganizm :) A koziołki zostały do dziś.

Legenda o założeniu i nazwie miasta. Zaczyna się jak naprawdę, naprawdę kiepski żart... Byli sobie Lech, Czech i Rus. Bracia. W dodatku nie byle jacy bracia, bo wędrujący po Słowiańszczyźnie i nadający losowo napotykanym ludom nazwy od własnych imion. Każdy podróżował sam, ale nie trzeba było długo czekać na to, żeby cała trójka napatoczyła się na siebie gdzieś na prowincji. Nie wiedzieli wówczas jeszcze, że to pole, na którym stoją to Poznań. Postanowili je tak nazwać na pamiątkę tego, że ich drogi się zbiegły i się rozPoznali.
Tych trzech delikwentów spotykało się ogólnie dość często, co dowodzi tego, że świat jest mały. Ponoć natknęli się na siebie też w Cieszynie (geneza nazwy oczywista). Szczególnie kreatywni to oni nie byli :)

O trębaczu ratuszowym i Królu Kruków. Syn trębacza ratuszowego uratował kruka ze złamanym skrzydłem. Kruk okazał się być - tu robimy zaskoczoną minę - nie jakimś tam byle zjadaczem ziarna, ale samym królem. Odwdzięczając się za pomoc, przybył ze swym stadem na wezwanie chłopca, kiedy miastu zagrażały wrogie wojska. Miasto uratowane, chociaż trębacz-sierota z wrażenia upuścił Magiczną Trąbkę do Wzywania Króla Kruków. Mimo to robimy meksykańską falę, bo hejnał trąbi z ratuszowej wieży do dziś.

I... tyle. W początkowej bowiem wersji ten post rozrósł się tak, że zaczął przypominać minipowieść, długą i rosochatą jak Amazonka. Żeby więc oszczędzić strudzonemu czytelnikowi mozołu zapamiętywania wielowątkowych historii, pozwoliłam sobie na dawkowanie przyjemności.
Mam nadzieję, że czujecie się ukulturalnieni już po pierwszej części ;)