czwartek, 9 stycznia 2014

Gabinet osobliwości

Spacerując po Jeżycach można się czasami poczuć niczym szpieg z Krainy Deszczowców (karramba!) na misji zleconej przez Największego Deszczowca. Niczym Marco Polo, który pierwszy raz przemierzał Państwo Środka. Niczym poszukiwacz... no, może nie od razu ZŁOTA, ale z całą pewnością rudy jakiegoś solidnego, użytecznego metalu. Trzeba jedynie dobrze się przyjrzeć, aby na murach znaleźć wspaniałe przejawy Sztuki (co prawda przypominające bardziej malowidła z Lascaux niż freski mistrza Leonardo, ale hej - w różnorodności tkwi piękno!) czy przykłady niebanalnych aranżacji przy użyciu pozornie zwykłych przedmiotów. Wiem co mówię. Wystarczyły dwie godziny spaceru, aby utwierdzić się w przekonaniu, że wyobraźni to tutaj z całą pewnością nie brakuje :)
 
sklejamy pęknięte mury?
alarm! obcy w kratce wentylacyjnej!
rura opatulona na zimę.
ptak ma w kuprze sesję zdjęciową.
dialogi. Jeżyce.
obstawiam naukę do sesji.
przygarnij ps.. lw.. zwierzę.
ktoś pomylił z choinką?
spożywania produktów bezalkoholowych nie przewiduje się.
Uliczna Instalacja z Kanapą.
ekskluzywne cegły. markowe.
...rodzaj ostrzeżenia?
Prosiaczku, wiejemy. tam jest świat!

środa, 1 stycznia 2014

Yippee-ki-yay, 2013!

W razie, jakbyście jeszcze byli wczorajsi, to uprzejmie podpowiadam, że dziś pierwszy dzień Nowego Roku. Znany także pod kryptonimem hiperniedziela (bez względu na rzeczywisty dzień tygodnia). Pierwszy stycznia to absolutna esencja i kumulacja zwyczajowego, cotygodniowego niedzielnego lenistwa, obżarstwa i zalegania na kanapie w marazmie oraz kompletnej pustki w ludziach na ulicy. Chociaż dzień wstał słoneczny i ciepły, jak na grudzień. Tfu, styczeń! Styczeń przecież.
Stawiam którąś z moich kończyn, że co najmniej przez miesiąc, pisząc datę, będę się mylić.

Imieniny Sylwestra odbyły się po raz kolejny bez żadnego Sylwestra w zasięgu wzroku, ale za to znowu we własnej norce z Jeżycami za oknem. A o północy - chodu na ulicę! Szczęśliwy ten Sylwester, że się tylu ludzi cieszy jego imieninami, chociaż wydaje mi się, że rok temu jakoś tej wiary więcej było. Na początku to się nawet przestraszyłam, ze wszyscy w domu zostali słuchać Polsatu. No ale nie. Powoli, z mozołem, jak żółw ociężale, Szamarzewo zaczęło się zapełniać.

Polna w stronę Bukowskiej.
Polna w stronę Dąbrowskiego.
Szamarzewskiego w stronę Przybyszewskiego.
a Szamarzewskiego w stronę Kraszewskiego
musiało się wyróżnić...
dwa to tradycja, w związku z tym:
tradycyjne zdjęcie znad Patimaksu :)
wzięło i wybuchło.
jak światełka choinkowe :)
ciekawe czy narzekają na to, że ludzie nie
mają w kryzysie na co pieniędzy wydawać.
obstawiam, że tak.
pan z jeszcze-dymiącą różdżką.
Dumbledore incognito? :)
za czym kolejk... a no tak.
Dobrze było znowu przejść się o północy po fyrtlu i chłonąć tę atmosferę jedności i zbratania, która pojawia się w narodzie przy okazji śmierci różnych ważnych ludzi czy zdobycia majstra przez Kolejorza. Jakoś tak nagle wszyscy znajdują powód do świętowania, wyrażają zaskakującą gotowość do dzielenia się alkoholem, strzelają ludziom fajerwerkami w okna... Serio, ciekawa jestem, komu wpadł w nocy do domu jakiś piorun kulisty i spalił firanki. Przy gęstej, kamienicznej zabudowie to wygląda naprawdę niebezpiecznie.

Wraz z przyjaciółmi wymienialiśmy się wczoraj życzeniami z przedstawicielami rozmaitych grup społecznych. Była młodzież, byli - zdradzający braki w uzębieniu - typowi tubylcy, były karczki w spodenkach do łydki. Reprezentant tych ostatnich uruchomił zresztą we mnie pokłady rozczulenia i współczucia, przemieszane z wybuchem śmiechu wewnątrz i na zewnątrz mojej skromnej osoby. Na nasze serdeczne pozdrowienie i życzenia, karczek odpowiedział:
- Wzajemnie, wzajemnie, Szczęśliwego Nowego... - urwał, zamilkł, po czym spytał retorycznie i z wyraźnym rozczarowaniem:
- No i komu ja dzisiaj wpierdol spuszczę...?

W obliczu tego bolesnego dramatu aż chce się wyrazić nadzieję, że może kogoś ostatecznie udało się znaleźć ;)

wtorek, 24 grudnia 2013

Święta zobowiązują

Właśnie.
Zatem ciepłych, rodzinnych Świąt, które naładują Was na najbliższy rok. I spełniania marzeń. Każdego dnia :)
Życzę ja :)

Magness wpisany w bombkę.
Byłoby dzieło sztuki, ale blogger zabił fotę :)

sobota, 14 grudnia 2013

Zespół jednego przeboju

Każdy chyba zgodzi się ze mną, że kierowcy taksówek dzielą się na kilka różnych kategorii. Są tacy, którzy nie odzywają się ani słowem, wzbudzając w was poczucie, że oto przypuszczalnie siedzicie właśnie w samochodzie-widmie, jadącym przez ciemny las i mgły do miasteczka Salem, Massachusetts w akompaniamencie wycia wilków (przynajmniej macie nadzieję, że to wilki). Są tacy, którym buzia się nie zamyka - i tu rozróżniamy podgrupy: malkontenci ze skrzywieniem socjologiczno-politologicznym, fani sportów wszelakich, meteorolodzy, eksperci topografii i historii miasta z zacięciem przewodnika-oprowadzacza oraz ludzie typu "całe życie w 5 minut". Zdarzają się ponadto egzemplarze ciekawskie i wścibskie, które starają się prowadzić wywiad z pasażerem - czasami miksują się z jednym z podtypów gaduły. A ja mam szczęście do taksówkarzy-melomanów.

Jakiś czas temu jechałam taksówką na dworzec. Z Jeżyc niedaleko, krótki kurs, pan przyjechał na czas. Wszystko gra i trąbi. Jak wsiadłam zostałam nawet zapytana, czy lubię muzykę klasyczną. Owszem, lubię. I czy nie mam nic przeciwko słuchaniu jej w taksówce. Absolutnie nie mam. W związku z czym pan uznał, że puści mi coś specjalnego i wyjątkowego, o ile potem powiem mu, jakie mam zdanie na temat tej piosenki. Okeeej, robi się dziwnie, no ale dobra. Powiem. Jedziemy, słuchamy i docieramy na miejsce w połowie utworu. Kierowca zatroskany, że jak to tak, to się nie godzi, żebym miała nie dosłuchać do końca. W porywie dobrego serca jeździł więc tak długo w kółko po placyku przed dworcem, aż nie wybrzmiał ostatni dźwięk. Nie doliczając tego do rachunku! To się dopiero nazywa miłość do muzyki :)
Ten rodzaj melomana, jak się jednak okazuje, to była postać łagodna i nieszkodliwa. Wracałam wczoraj o późnej porze do domu, nastrojona dość pozytywnie po różnych tańcach, hulankach i swawolach. Taksówkarz coś tam już niby zaczął mówić (typ socjologiczno-politologiczny, nawiasem mówiąc), ale w tym momencie z radia poleciały pierwsze nuty hitu niejakiej Kayah z niejakim Bregoviciem o wdzięcznym tytule Prawy do lewego. Pan, pełen nadziei, spytał czy może "podgłośnić" i poparł to błagalnym spojrzeniem we wsteczne lusterko. Pewnie, podgłaśniaj pan. 
Tylko, kurcze. On naprawdę się do tego pozwolenia przywiązał i wziął je dosłownie :) Jechaliśmy przez miasto z biesiadnym hitem, rozkręconym na całą epę... Ukoronowaniem całości był sam taksówkarz, którego wokal przebijał się przez Kayah tu i ówdzie. Wstydź się, Kayah! :)

Co więc pozostało mi zrobić w wesołej taksówce przy takim muzykującym tercecie?
Nic, tylko kwartet ;)

środa, 11 grudnia 2013

Kiedy rozum śpi

Środek nocy to pojęcie względne i zależne od strefy czasowej, statusu społecznego oraz ścieżki kariery. Mój środek nocy zaczyna się mniej więcej o 1:37 a kończy w okolicy 6:09. Zastanawiacie się czemu pory te są tak obłąkane? Uwaga, następuje wyznanie (poczynione zresztą ze smutno zwieszoną głową): Jestem Magness i mam problem z syndromem pełnej godziny. Wiecie, o czym mówię. O durnym zwyczaju zaczynania: sprzątania / nauki do egzaminu / pracy / jakiejkolwiek innej czynności, której rozpoczęcie wymaga od nas pokonania wewnętrznego "ble" i "fuj" - o godzinie pełnej z ewentualnymi odchyleniami o kwadrans lub 30 minut.

Dzisiaj mój budzik wyjątkowo zadzwonił właśnie w samym środku nocy, albowiem musiałam wyjść z domu znacznie wcześniej niż zazwyczaj. Mimo tego jawnego barbarzyństwa wszystko przebiegało bez większych zakłóceń. Anomalie rozpoczęły się dopiero w okolicach 6:32.

Na mojej codziennej trasie matecznik - tramwaj znajduje się nieoświetlone podwórko - tyły bloku, które zazwyczaj przemierzam przyspieszonym kurcgalopkiem. O 6:32, jak się okazało, jest tam ciemniej niż w średniowieczu. Błyskawicznie przemyślałam więc szlak wyprawy, zrobiłam rachunek sumienia, zmówiłam zdrowaśkę i zdecydowałam się jednak podjąć wyzwanie, mając przed oczami alternatywę w postaci sprintu za tramwajem.
W pół drogi potknęłam się prawie o młodzież w wieku, jak mniemam, okołonastoletnim. Każda z postaci dzierżyła w łapce butelkę piwa. Z bliska okazało się, że młodzież występuje w przyrodzie w liczbie trzech młodzieńców i dwóch pannic i prowadzi niegłośno ożywioną dys...
Czekaj! COOO...???
Młodzież? Piwo? Zimą? W środę? O 6:30 RANO?
...
...
...
Wpadłam w katatonię, puls mi zamarł, a całe życie przeleciało przed oczami. Spróbowałam wziąć się w garść resztką sił, ale wtedy cios ostateczny zadało stwierdzenie, wypuszczone na wolność spod puchowego kaptura:
- Tej, wiara nie ma co robić w nocy, że łazi...

No, drogi młody człowieku.
Czuję pod powieką łzę radości, że młodzież - sól tej ziemi, kwiat tego narodu - ma!